Temat: Śmierć Marszałka - Rozdział 39
Data: 2006-02-15 o godz. 21:47:29
Autor: Bogusław Wołoszańsi


Tytuł: "Śmierć Marszałka"
Autor: Bogusław Wołoszański
Rozdział: Nieudana Misja

Kapitan Woerner ze złością patrzył na dwóch mężczyzn, nieporadnie ześlizgujących się po klamrach kiosku na pokład okrętu podwodnego.
- Mają szczęście, że morze jest spokojne - powiedział do oficera wachtowego.
- My też; gdyby bujało, to zarzygaliby nam cały okręt. Skąd ci z Abwehry biorą takie ofermy? - Oficer przytknął lornetkę do oczu. 350 metrów dalej rozciągała się plaża angielskiego wybrzeża, rozjaśniona promieniami brzasku. Kończyła się spokojna, bezwietrzna noc.
Dwaj mężczyźni w czarnych nieprzemakalnych kombinezonach, idąc nieporadnie po wąskim pokładzie okrętu podwodnego, zbliżyli się do miejsca, gdzie marynarz przytrzymywał ponton. Podali mu tobołki, a następnie zsunęli się po obłości blachy burty i z wyraźnym zadowoleniem, że najtrudniejsza część operacji opuszczenia U-boota udała się bez większych przykrości, schwycili za wiosła. Ponton, kręcąc się to w jedną, to w drugą stronę, zaczął się oddalać w kierunku brzegu.
- Mam nadzieję, że dopłyną - mruknął kapitan, patrzący z wyraźnym niesmakiem na morskie popisy agentów Abwehry. Zaraz potem krzyknął na dół: - Zapisać w dzienniku: “Godzina 5.17. Operacja wysadzenia agentów zakończona. Bez uwag”.
Woda za rufą okrętu skłębiła się. U-boot zaczął się wycofywać, aż po kilku minutach zniknął pod wodą. W tym samym czasie dwaj mężczyźni dotarli do plaży, gdzie poprzecinali pływaki pontonu i zdjęli kombinezony. Spakowali starannie ekwipunek i złożyli go w dole, mozolnie wygrzebanym małymi łopatkami. Następnie zatarli ślady, wrzucili łopatki do morza i ruszyli wąską ścieżką między wydmami. Było już widno.
- Stój! - W porannej ciszy okrzyk zabrzmiał jak wystrzał. Zza wysokiej trawy wyłonił się brytyjski żołnierz z karabinem wycelowanym w stronę wędrowców. Zdawało się, że młodziutki szeregowiec jest bardziej niż oni zaskoczony spotkaniem.
- Co tu robicie tak rano? - zapytał jednak groźnie. No właśnie! Co dwaj spokojni brytyjscy obywatele, za jakich mieli uchodzić niemieccy agenci, mogli robić o 6.00 nad morzem? Podczas szkolenia nikt nie przygotowywał ich na taką ewentualność.
- Idziemy do miasta - wydukał niepewnie starszy. Zaraz potem, aby ukryć niepokój, dodał: - Opuść tę strzelbę. Tak mnie przestraszyłeś, że zapomniałem, w którym hrabstwie jestem...
- Do jakiego miasta idziecie? - nie ustępował żołnierz.
Otóż to! Jakiego? Przed rozpoczęciem szpiegowskiej misji tłumaczono im, że wylądują w rejonie... Hybe? A może Hythe? Starszy agent spojrzał z nadzieją na kolegę, licząc, że ten przypomni sobie trudną angielską nazwę.
- No, tego tutaj... tego najbliższego - usiłował ratować sytuację młodszy, ale skutek był kiepski.
Żołnierz nabierał coraz większych podejrzeń. Ochłonął z zaskoczenia i zapewne przypomniał sobie punkty regulaminu, które instruowały, co brytyjski żołnierz powinien zrobić, gdy napotka niemieckiego szpiega.
- Jesteście zatrzymani do wyjaśnienia - powiedział, unosząc karabin. - Położyć ręce na głowie i iść przede mną. Przy próbie ucieczki będę strzelał! Kierować się tam - wskazał lufą w stronę zabudowań, widocznych zza wydm.
Misja agentów Abwehry, którzy na początku września 1940 r. wylądowali na angielskim wybrzeżu w rejonie Hythe, zakończyła się fiaskiem, zanim okręt podwodny, którym przypłynęli, zdążył powrócić do bazy. Podzielili los jedenastu innych, równie źle przygotowanych do swej misji, którzy w tym samym czasie dostali się do Anglii. Większość szpiegów, przemycanych w ramach planu “Lobster”, została aresztowana w kilka godzin po wylądowaniu na angielskiej ziemi. Inni, którym udało się dotrzeć do miast i znaleźć schronienie u brytyjskich faszystów, zostali szybko wykryci przez policję i kontrwywiad. Zdradzały ich wysyłane z Hamburga szyfrogramy “Enigmy”, które Brytyjczycy potrafili odczytywać. Agenci demaskowali się nieumiejętnym nadawaniem meldunków radiowych, umożliwiającym brytyjskim służbom goniometrycznym namierzenie miejsc ustawienia nadajnika; kilku zgłosiło się na policję, proponując współpracę. Niemal wszyscy zostali skazani na śmierć.
Dwaj agenci, schwytani w rejonie Hythe, uniknęli tego losu. Nie byli lepsi ani gorsi od swoich towarzyszy. Mieli po prostu szczęście. Pewnego dnia w ich celach w londyńskim Tower zjawił się miły major, który każdemu z nich powiedział to samo:
- Stwierdziliśmy ponad wszelką wątpliwość, że jest pan niemieckim szpiegiem. Został pan co prawda przypadkowo aresztowany przez żołnierza, ale ten chłopak tylko popsuł nam szyki. Zasadzka była bowiem przygotowana w domu pani Clarton, u której miał pan wraz z towarzyszem znaleźć bezpieczne schronienie. Nie dziwi pana, skąd to wiemy? Abwehra was zdradziła. Za kilka dni stanie pan przed sądem, a nasze dowody wystarczą, by skazać pana na śmierć. Wyrok “powieszenia za szyję aż do śmierci” - jak to określa nasze prawo - zostanie wykonany bezzwłocznie. Czy chce pan przekazać jakieś wiadomości rodzinie w Niemczech? Możemy przesłać je za pośrednictwem Czerwonego Krzyża. Ale proszę się zastanowić, czy naprawdę nie ma pan ochoty dożyć starości? Jedzenie w więzieniu Jego Królewskiej Mości nie jest wprawdzie najlepsze, ale za to bardzo zdrowe. Będzie pan tu siedział do końca wojny, co gwarantuje panu przeżycie tego strasznego czasu. Zapewniam, że miliony żołnierzy niemieckich zazdrościłyby panu takiego losu.
- Co mam zrobić w zamian?
- Opowiedzieć nam wszystko o swojej misji, a później co pewien czas przekazywać do centrali w Hamburgu depesze, które przygotujemy. Proszę to przemyśleć. Przyjdę jutro.
Agenci nie zastanawiali się długo. Rzeczywiście czuli się zdradzeni przez przełożonych, którzy źle ich przygotowali do szpiegowskiej misji. Szybko zgodzili się na współpracę z wywiadem brytyjskim. Starszy otrzymał pseudonim “Summer”, a młodszy - “Tatę”. Ich zadaniem było przesyłanie do centrali w Hamburgu fałszywych informacji. “Tatę” i “Summer” stali się trybikami pracującej z coraz większym rozmachem machiny, kierowanej przez London Controlling Section. W czerwcu 1942 r. otrzymali polecenie informowania centrali o przygotowaniach do inwazji na Francję.
Stali się częścią wielkiej gry, mającej na celu utrzymywanie wojsk niemieckich w zachodniej i północnej Europie w stałym napięciu i gotowości do odparcia inwazji. Przeświadczenie o jej bliskości miało skłonić Hitlera do skierowania w rejony zagrożone uderzeniem wojsk alianckich poważnych sił, wycofanych z frontu wschodniego, i do rozpoczęcia prac fortyfikacyjnych.
Już w kilka miesięcy po podboju Francji Niemcy rozpoczęli nad kanałem La Manche budowę umocnień. Świadomość zagrożenia, zręcznie podsycana przez Brytyjczyków, nakazała Hitlerowi wydać w marcu 1942 r. dyrektywę nr 40 - o budowie wału atlantyckiego. To było pierwsze zwycięstwo brytyjskich służb specjalnych: plan budowy umocnień, ciągnących się przez tysiące kilometrów - od granicy z Hiszpanią do północnych krańców Norwegii - wymagał zaangażowania ogromnego potencjału gospodarczego, dziesiątków tysięcy robotników, a później żołnierzy do obsadzenia bunkrów, stanowisk dział i karabinów maszynowych.
W jednej z depesz “Tatę”, wykonując polecenia brytyjskich mocodawców, podał miejsce przewidywanej inwazji: francuskie miasto Dieppe.





Artykuł jest z Twoja-Strona.Net
http://twoja-strona.net/html

Adres tego artykułu to:
http://twoja-strona.net/html/Biblioteka_Art403.html