
Temat: Śmierć Marszałka - Rozdział 35
Data: 2006-02-14 o godz. 21:39:25 Autor: Bogusław Wołoszańsi
Tytuł: "Śmierć Marszałka"
Autor: Bogusław Wołoszański
Rozdział: Oddziały Stirlinga
Do generała Ritchiego! - podpułkownik krzyknął do wartownika stojącego przy drzwiach budynku kwatery zastępcy głównodowodzącego wojskami brytyjskimi na Bliskim Wschodzie. Minął żołnierza i chwycił za klamkę uważając, że pewność siebie jest najlepszą przepustką. Ale wartownik nie dał się zbić z tropu.
- Chwileczkę, sir! Czy ma pan przepustkę?
Pułkownik się zawahał. Z tonu, jakim żołnierz zadał pytanie, wynikało, że nie zamierza zadowolić się niczym innym jak tylko starannym przestudiowaniem przepustki.
- Nie. A gdzie jest biuro przepustek?
- Tam, w oficynie, sir. - Wartownik odprowadził przybysza badawczym wzrokiem aż do drzwi biura przepustek, a potem machnął ręką w stronę innego żołnierza, nakazując zwrócenie uwagi na pełnego tupetu oficera.
- Jestem pułkownik David Stirling. Chciałbym zameldować się u generała Ritchiego.
- Czy jest pan wezwany? - sierżant podniósł wzrok znad papierów rozłożonych na biurku. Przycisnął je kamieniem, aby podmuch powietrza z dwóch wentylatorów nie rozwiał dokumentów po pokoju.
- Nie, ale to ważna sprawa...
- Przykro mi, sir. Obowiązuje droga służbowa. - Sierżant opuścił głowę, uznając wyjaśnienia za zakończone.
Stirling patrzył na niego przez chwilę, ale doszedł do wniosku, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Obrócił się na pięcie i szybko wyszedł z brudnego pokoju, z niewiadomych powodów nazwanego biurem. Stanął bezradnie przed budynkiem, unikając wzroku wartownika, z którym rozmawiał przed chwilą.
- Cholerne szczęście! - powiedział półgłosem.
Poprzedniego dnia wyszedł ze szpitala, gdzie przez trzy tygodnie leczono mu ramię zranione wybuchem granatu. Jeszcze przez ten jeden dzień mógł pozostać w Kairze i postanowił wykorzystać tę okazję i dostać się do zastępcy naczelnego dowódcy. Był tak blisko; kilkadziesiąt metrów od niego siedział generał Ritchie...
Pułkownik skręcił w wąską, pustą uliczkę. Przeszedł wolno kilkanaście kroków, zanim się zorientował, że wybrał złą drogę, gdyż drugi kraniec ulicy grodziły zwoje drutów kolczastych rozpiętych na kozłach. Zatrzymał się i spojrzał na wysoki biały mur okalający budynki kwatery. W pobliżu nie widać było wartownika, ale ściana była za wysoka, by bez drabiny lub sznura dała się sforsować. Stirling postanowił zaopatrzyć się w ten sprzęt. Nagle jego wzrok padł na bramę zastawioną kozłami z drutem kolczastym. Między ostatnim kozłem a murem widniała szpara na tyle szeroka, że mógł przecisnąć się przez nią człowiek.
Stirling rozejrzał się uważnie i ruszył w stronę bramy. Ryzykował, gdyż gdzieś w pobliżu mógł być wartownik, który skrył się w cieniu przed palącymi promieniami słońca. Jednakże zmysł myśliwego podpowiadał Stirlingowi, że zaułek nie jest pilnowany. Zdawał sobie sprawę z tego, iż w razie schwytania spędzi kilkanaście dni w areszcie, ale w jego żołnierskiej karierze parę razy zdarzyło mu się wpaść w gorsze tarapaty.
Przecisnął się przez szparę, wspiął na drewnianą bramę i zeskoczył do ogrodu. Przycupnął za kępą wysokiej trawy, dostrzegając na szczycie muru wartownika, ten jednak nie zwrócił na niego uwagi. W głębi Stirling zauważył wejście do budynku i uznał, że jego jedyną szansą jest szybkie dopadniecie drzwi. Szczęście mu dopisało. Nacisnął klamkę i znalazł się w ciemnej, wilgotnej sieni. Odetchnął z ulgą, choć nie wiedział, czy trafił do budynku, w którym mieści się gabinet generała Ritchiego, czy też do któregoś z zabudowań gospodarczych. Po chwili jednak poczuł przypływ nadziei, gdyż wąska sień doprowadziła go do szerokiego korytarza wyłożonego czerwonym dywanem.
Obciągnął mundur, otrzepał spodnie z kurzu i okruchów zaprawy wapiennej. Nagle usłyszał kroki na schodach. Spojrzał w tamtą stronę i dostrzegł oficera w mundurze generalskim.
W kwaterze generała Ritchiego nie powinno być innego generała poza nim... - pomyślał Stirling i sprężystym krokiem udał się w kierunku nadchodzącego oficera.
- Panie generale, melduje się pułkownik Stirling. Proszę wybaczyć, że nie salutuję, ale dopiero wyszedłem ze szpitala, po kontuzji prawego ramienia.
Generał spojrzał zaciekawiony.
- Czy ja was wzywałem, pułkowniku?
- Nie, panie generale. Właśnie przedostałem się przez zasieki w bramie, aby się panu zameldować. Nie mam przepustki. Złamałem regulamin i wiem, że zostanę ukarany. Najpierw jednak proszę mnie wysłuchać. - Stirling wyrzucał z siebie słowa w takim tempie, że generał nie zdążył mu przerwać. Uśmiechnął się tylko.
- Dobrze, proszę do mnie - wskazał ręką na piętro.
- Kto pana skrzywdził? - zapytał, gdy weszli do pokoju.
- Nie o to chodzi, sir - Stirling, po raz pierwszy od chwili podjęcia decyzji o przedarciu się do generała, poczuł się zmieszany. - Zdecydowałem się dotrzeć do pana, aby przedstawić plan utworzenia nowych oddziałów...
- No, no. Niech pan mówi. - Generał gestem zaprosił Stirlinga do zajęcia miejsca przed biurkiem. Sam zapalił cygaro i zaczął przechadzać się po pokoju.
- Dziękuję, sir - Stirling nie usiadł. - Z moich doświadczeń wynika, że użycie dużych grup do pojedynczego wypadu jest marnotrawieniem sił. Znacznie lepsze efekty da operowanie niewielkimi oddziałami. Obliczyłem, że sześciu żołnierzy zrzuconych na spadochronach w pobliżu nieprzyjacielskiego lotniska może łatwo dotrzeć do któregoś z samolotów i założyć ładunki wybuchowe. Oznacza to, że sześćdziesięciu ludzi z 12 ładunkami mogłoby w równolegle prowadzonych akcjach zniszczyć całe lotnictwo państw osi w Afryce Północnej. Osiągnięcie tego celu przy zastosowaniu klasycznych metod prowadzenia walki naraziłoby nas na poważne straty i nie wiem, czy byłoby w ogóle możliwe... - Stirling zawiesił głos. Czekał na reakcję generała.
Ten milczał przez chwilę. Widać było, że pomysł pułkownika podoba mu się. Jego realizacja wymagała oddelegowania do oddziałów specjalnych kilkudziesięciu żołnierzy. Nie był to problem dla 8. armii brytyjskiej.
- Dostaje pan tydzień urlopu na wykurowanie ramienia, a potem proszę się zająć tworzeniem takich oddziałów. We wszystkich trudniejszych sprawach proszę się zwracać do mnie.
Stirling zasalutował i wyszedł z pokoju. Dłużej nie zdołał powstrzymać wybuchu radości i na korytarzu krzyknął na cały głos “hurra!”, aż kilku oficerów spojrzało się na niego ze zdumieniem. Nie zwracał jednak na nich uwagi. Zbiegł po schodach i wypadł na ulicę.
Generał Ritchie przypatrywał mu się z okna. Pomysł stworzenia niewielkich oddziałów atakujących niespodzianie wroga wydał mu się bardzo interesujący. Dysproporcja sił między armiami włoskimi i brytyjskimi była ogromna.
Głównodowodzący wojskami włoskimi, marszałek Ugo Graziani, stał na czele 200-tysięcznej armii, której Wielka Brytania mogła przeciwstawić zaledwie 36 tysięcy żołnierzy. W takiej sytuacji każde działanie, które miało szansę osłabić siły wroga i morale jego żołnierzy, było bardzo ważne. W walkach na pustyni sprzęt, taki jak: czołgi, ciężarówki, ciągniki artyleryjskie odgrywał rolę pierwszoplanową.
Winston Churchill pisał:
Czołgi zastąpiły kawalerię z poprzednich wojen. Siła bojowa oddziałów pancernych, tak jak na morzu flotylli krążowników, była decydującym czynnikiem. Dywizje lub brygady czołgów mogły utworzyć front w każdym kierunku tak szybko, Że niebezpieczeństwo oskrzydlenia lub odcięcia nie było szczególnie duże. Z drugiej strony wszystko zależało od punktualności zaopatrzenia w paliwo i amunicję, a to było bardziej skomplikowaną sprawą niż zaopatrzenie okrętów na morzu.
Zniszczenie magazynów z paliwem i amunicją czy nawet rozbicie konwoju ciężarówek z wodą mogło przesądzić o zwycięstwie. Generał Ritchie uznał, że niewielkie grupy komandosów lepiej wykonają dywersyjne zadania niż najsilniejsze nawet jednostki regularnego wojska.
Nowy oddział otrzymał nazwę “L Detachment of the special Air Force Brigade”(choć nie miał nic wspólnego z SAS szkolonym w Anglii), która miała sugerować, że z Wielkiej Brytanii przerzucono do Afryki Północnej część sił powietrznodesantowych.
Pierwsza operacja, przeprowadzona 17 listopada 1941 r., zakończyła się kompletnym fiaskiem. Spadochroniarze mieli zaatakować myśliwce i bombowce na lotniskach w Tmimi i Gazali. Żaden z nich nie dotarł do celu. Silna burza piaskowa zmusiła do zrzucenia komandosów w terenie odległym o wiele kilometrów od wyznaczonych obiektów. Z 63 ludzi, którzy wyruszyli do akcji, przeżyło tylko 22. Od tego czasu SAS nie próbowała atakować na spadochronach.
Podpułkownik David Stirling rozwijał inną technikę walki, tworząc patrole komandosów operujących na jeepach. Samochody zostały pozbawione wszelkich części, które uznano za zbyteczne, a w zamian obudowano je kanistrami z wodą, benzyną, pojemnikami na naboje i materiały wybuchowe. Na każdym jeepie ustawiano po dwa karabiny maszynowe Vickers K, wymontowane z samolotów myśliwskich Gladiator. Wystrzeliwały 1200 pocisków na minutę i były niezwykle groźną bronią w walce z nieruchomymi samolotami, niemieckimi ciężarówkami i lekko opancerzonymi pojazdami.
Od grudnia 1941 r. do marca 1942 r. jeepy SAS dokonały 20 rajdów poza linię frontu; zniszczyły w tym czasie 115 samolotów i kilkadziesiąt pojazdów. SAS zdobyła sławę, która przetrwała dziesiątki lat po wojnie.
|
|