Temat: Śmierć Marszałka - Rozdział 34
Data: 2006-02-14 o godz. 21:33:14
Autor: Bogusław Wołoszańsi


Tytuł: "Śmierć Marszałka"
Autor: Bogusław Wołoszański
Rozdział: St Nazaire Wielki Rajd

Anglicy bali się tego kolosa. Pancernik Tirpitz, zwodowany l kwietnia 1939 r. w stoczni w Wilhelmshafen, rozpoczął służbę 16 stycznia 1942 r. rejsem do Trondheim.
Jego kadłub chroniły pancerze o grubości 32 centymetrów, pokład - 12 centymetrów, a wieże artyleryjskie osłaniane były przez płyty grube na 37 centymetrów. Główna artyleria składała się z ośmiu dział kał. 380 mm, zgrupowanych w czterech wieżach. Każdy z 960 pocisków zgromadzonych w magazynach pod pokładem ważył tonę i mógł razić cele odległe o 36 kilometrów. W 6 wieżach na śródokręciu zamontowano 12 dział kał. 150 mm. Artyleryjską potęgę Tlrpitza uzupełniało 16 dział kał. 105 mm, 32 do 74 działek przeciwlotniczych kał. 37 i 20 mm oraz 8 wyrzutni torped 533 mm.
Wydawałoby się, że Brytyjczycy mający ogromną przewagę na morzu - jako że ich flota liczyła 15 pancerników i 6 lotniskowców - nie muszą obawiać się samotnych niemieckich pancerników. Jednakże Admiralicja zdawała sobie sprawę, ile szkód może poczynić niemiecki kolos, gdy wyruszy na Atlantyk. Jedynie pancerniki mogły stawić mu czoło, a każdy konwój chroniony nawet przez krążowniki nie miał żadnych szans spotkania z Tirpitzem. Salwy z jego dział dziesiątkowałyby statki i okręty eskorty, zanim te zdołałyby zbliżyć się na odległość, z której mogłyby rozpocząć skuteczny ogień.
Obawa przed potęgą niemieckiego okrętu zamieniła się w strach, gdy inny niemiecki pancernik, Bismarck, wraz z towarzyszącym mu ciężkim krążownikiem Prinz Eugenem, zadał flocie brytyjskiej na Atlantyku poważne straty: na dno poszedł ciężki krążownik Hood (z 1419 marynarzy stanowiących załogę Hooda uratowało się tylko trzech), a pancernik Prince of Wales został uszkodzony.
Anglicy zatopili w końcu Bismarcka, ale kosztowało ich to ogromnie wiele wysiłku. Musieli rzucić do walki (oprócz pancernika Prince of Wales, lotniskowca Victorious, ciężkich krążowników Suffolk i Norfolk, pozostających od początku w kontakcie z niemieckim okrętem) pancerniki King George V, Rodney, Revenge i Ramillies, lotniskowiec Ark Royal, krążowniki liniowe Repulse i Renown, lekki krążownik Sheffield oraz wiele mniejszych jednostek (wśród których był polski niszczyciel Piorun). Cała ta potężna armada z największym trudem dopadła niemiecki pancernik, zanim dotarł do portu, i zatopiła go.
Bismarck poszedł na dno, ale rolę pogromcy brytyjskiej żeglugi mógł przejąć Tirpitz.
W końcu sierpnia 1941 r. Pierwszy Lord Admiralicji pisał do premiera Churchilla:
Jak długo istnieje “Tirpitz” konieczne jest posiadanie dwóch okrętów typu “King George V”, zdolnych do wspólnego działania.
Aby te dwa okręty mogły skutecznie działać, musimy mieć trzy okręty tej klasy na naszych wodach, istnieje bowiem możliwość uszkodzenia jednego z nich przez torpedę, bombę lub minę. Może także zaistnieć konieczność poddania remontowi.
Dwa dni później premier opowiedział:
“Tirpitz” jest dla nas dokładnie tym, czym na Oceanie Indyjskim jest dla japońskiej marynarki “King George V”. Wywołuje lęk i poczucie zagrożenia we wszystkich punktach jednocześnie. Pojawia się i znika, powodując bezpośrednią reakcję i zakłócenia po naszej stronie.
Churchill odgadł intencje Hitlera, który chciał, aby największe okręty Kriegsmarine, zbyt nieliczne, by stanąć do otwartego boju z Royal Navy, były tylko postrachem brytyjskiej marynarki.
Na wieść o wyjściu Tirpitza z macierzystego portu Wilhemshaven i przejściu do Norwegii, Churchill pisał:
Od trzech dni wiadomo, że “Tirpitz” przebywa w Trondheim. Zniszczenie lub nawet uszkodzenie tego okrętu jest obecnie naszym największym zadaniem na morzu.
Jednakże zniszczenie pancernika kotwiczącego w norweskim fiordzie stanowiło niezwykle trudne zadanie. Był za daleko, aby mogły go dosięgnąć bombowce startujące z lotnisk w Anglii lub Szkocji. Samoloty z lotniskowców musiałyby przedzierać się przez bardzo silną naziemną i powietrzną obronę przeciwlotniczą. Strome brzegi fiordu utrudniłyby atak, a gęsta zasłona dymna wypuszczana na pierwszy sygnał alarmu, zakryłaby dokładnie sylwetkę pancernika, uniemożliwiając bombowcom odnalezienie celu. Tirpitza nie mogłyby dosięgnąć torpedy okrętów podwodnych. Wejście do przystani zamykały sieci, a wody fiordu patrolowane były przez ścigacze z hydrofonami i bombami głębinowymi. Okręt, który pokonałby wszystkie zapory i ominął polujące nań jednostki, miał niewielkie szansę skutecznego strzału, gdyż kadłub pancernika osłaniały sieci zatrzymujące torpedy.
Anglicy, nie mogąc zniszczyć pancernego kolosa, zdecydowali się uderzyć tak, aby ograniczyć możliwości poruszania się Tirpitza. Wiedzieli, że okręt wychodzący w morze musi mieć zagwarantowaną możliwość remontu i usunięcia ewentualnych uszkodzeń, które mogłyby powstać w czasie rejsu i walki. Jedyne takie miejsce znajdowało się w porcie St. Nazaire, gdzie Francuzi wybudowali ogromny suchy dok Formę Ecluse, nazywany również Forme Louis Joubert lub Formę Normandie, gdyż wybudowano tam wielki liniowiec pasażerski Normandie. Dok umożliwiał budowę i naprawę okrętów o wyporności do 85 tysięcy ton.
Wydawałoby się, że najprostszym sposobem likwidacji doku jest wysłanie bombowców, ale taki plan został szybko zarzucony. Uznano, że nalot spowodowałby poważne ofiary wśród francuskich mieszkańców miasta, a prawdopodobnie nie udałoby się trafić w najważniejsze miejsca doku: stację pomp, uruchamiających ogromne wrota wodoszczelne, i same wrota, bez których dok nie mógłby funkcjonować. Dlatego też zadanie zniszczenia Formę Ecluse powierzono komandosom, których akcja miała największe szansę powodzenia.
Było wcześnie rano, gdy Charles Newman wysiadł z pociągu na dworcu King’s Cross w Londynie. Rozejrzał się niezdecydowanie po peronie. Rzadko bywał w stolicy i zawsze czuł się tu niepewnie. Gubił się w plątaninie uliczek, nie potrafił zapamiętać nazw placów i dotrzeć pod właściwy adres. Z tego też powodu postanowił nie ryzykować jazdy po stolicy autobusem, lecz skierował się na postój taksówek, których rząd czernił się przed dworcem.
Podróż ze Szkocji była długa, monotonna, i Newman miał wystarczająco dużo czasu, aby rozważyć, dlaczego wezwano go nagle do Sztabu Generalnego. Sądził, że pozna tam plany walki, do której zostanie wysłany wraz ze swymi komandosami.
Był urodzonym żołnierzem, choć przed wojną los skazał go na wykonywanie zawodu przedsiębiorcy budowlanego. Zarabiał nieźle, mieszkał w pięknym domu w Szkocji, żonie i córce zapewniał komfortowe życie, ale ciągnęło go do wojaczki. Przez dwa wieczory w tygodniu oraz w pierwszy i trzeci weekend każdego miesiąca wyciągał mundur z szafy i udawał się na ćwiczenia Armii Terytorialnej. Mijały lata, aż 3 września 1939 r. Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom.
Newman, już w stopniu majora, włożył mundur na stałe, a gdy w czerwcu 1940 r. zapadła decyzja o utworzeniu oddziałów komandosów, jemu powierzono zorganizowanie i dowodzenie No 2 Commando. Zabrał się do tego z ogromnym zapałem i w marcu 1941 r. oddział rozpoczął szkolenie. Mordercze szkolenie. Newman nie żałował potu własnego ani żołnierzy. Najpierw trenowali w Devonshire, gdzie przechodzili - jak to nazywał dowódca - “proces utwardzania”.
W wydanej przez siebie instrukcji major przewidywał, że żołnierze muszą utrzymywać najwyższy stan fizycznej kondycji. Żołnierze wszystkich stopni muszą być przygotowywani do pokonania dystansu 5-7 mil w ciągu godziny [8-10 km - BW] w terenie każdego rodzaju, w pełnym oporządzeniu bojowym.
Przykładowe ćwiczenie:
a) 7 mil [11,2 km - B W] w ciągu godziny (marsz i bieg),
b) 15 mil [24 km - BW] w ciągu 4 114 godziny, a po przebyciu ww. dystansów być gotowym do walki natychmiast (ćwiczenie a) lub po dwugodzinnym odpoczynku (ćwiczenie b).
Po kilku miesiącach “utwardzania” komandosi pojechali do zamku w Acnacarry w Szkocji, gdzie tuż za bramą musieli przemaszerować przed rzędem grobów z tabliczkami: “Źle przygotował linę do wspinaczki”; “przebiegł przed karabinem maszynowym w czasie zajęć strzeleckich” itp. Oczywiście groby były puste, ale widok cmentarnej alei miał być ostrzeżeniem, że nowo przybyli nie mogą liczyć na łatwe sukcesy. Rzeczywistość przeszła jednak najgorsze obawy.
Każdego dnia trenowali wspinaczkę, walkę w mieście, wyjeżdżali nad morze ćwiczyć desantowanie z okrętów albo po prostu odbywać przejażdżki, tyle że po wzburzonym morzu lub w czasie lodowatych wichrów. Po paru miesiącach Newman zyskał pewność, że jego oddział jest pod każdym względem przygotowany do akcji, ale o żadnej jakoś nie było słychać.
Komandosi zaczynali się nudzić. Tracili ochotę do dalszych ćwiczeń, skoro ich wysiłek nie był wykorzystany. Dochodziło do bójek i awantur w pubach; w ten sposób uchodziła z żołnierzy gromadzona przez całe miesiące agresja. Newman uznał, że najlepszym rozwiązaniem będzie nowa porcja treningu i zabrał swoich chłopców na Hebrydy, aby tam w mroźnej pogodzie ćwiczyli desantowanie na kamieniste plaże. Miał jednak świadomość, że długo nie utrzyma oddziału w ryzach. Wezwanie do Londynu przyjął z ulgą i nadzieją na operację, w której chłopcy będą mogli wykazać swe umiejętności.
Konferencja w Sztabie Generalnym rozpoczęła się o godzinie 11.00. Prowadził ją generał Charles Haydon, dowódca Special Service Brigade, w której skład, obok 11 innych odziałów, wchodziło No 2 Commando.
Pierwsze słowa generała wcisnęły Newmana w fotel, Haydon zaproponował bowiem omówienie planów letniego treningu. Jednakże zniechęcenie, jakie ogarnęło majora, szybko zostało zastąpione ekscytacją, gdy po skończonej naradzie Haydon wziął go na bok i polecił, aby wytypował 100 żołnierzy na kurs walk w mieście. Newman spojrzał ze zdziwieniem. Jego żołnierze od wielu miesięcy uczyli się zdobywania domów, budowania stanowisk obronnych i przyswajali skomplikowaną wiedzę na temat miejskich bitew. Nie było potrzeby wysyłania ich na kurs tego typu. Nie zaprotestował jednak przeciwko projektowi. - Skoro chcą przygotowywać żołnierzy do walki w mieście, to znaczy, że chodzi o konkretną akcję, w konkretnym mieście - pomyślał.
- Za dwa dni przybędę do pana jednostki - oznajmił generał i ta zapowiedź rozwiała wszelkie wątpliwości Newmana.
Wracał do Szkocji w doskonałym nastroju. Był pewien, że generał przywiezie plan operacji, choć zastanawiała go tajemniczość, która towarzyszyła zachowaniu dowódcy Special Service Brigade: po co wzywano majora na konferencję w sprawie szkolenia? Dlaczego generał zdecydował się przyjechać do Szkocji?
Sprawa wyjaśniła się, gdy w kwaterze Newmana w Ayr generał położył na biurku plik dokumentów dotyczących francuskiego portu w St. Nazaire. Chodziło o największą z dotychczasowych operacji sił specjalnych. Aby ukryć przygotowania do niej przed niemieckimi szpiegami, oficjalnie zorganizowano konferencję w sprawie treningu komandosów.
Tego dnia Newman, mianowany dowódcą ataku na port, siedział do późna w nocy nad zdjęciami lotniczymi i meldunkami wywiadu.
Port Nazaire położony był u ujścia Loary, w odległości około 10 kilometrów od morza. Dok Formę Ecluse odgrywał podwójną rolę: służył naprawie i budowie dużych jednostek, a gdy nie był potrzebny do tego celu, wykorzystywano go jako śluzę między Loarą a basenem “Penhouet”.
Jego długość wynosiła około 350 metrów, szerokość 50 metrów. Zamykały go ogromne, przesuwane wrota o długości 54 metrów, wysokości 16,8 metra i grubości 10,5 metra. Tylko tak potężna konstrukcja mogła wytrzymać ogromny napór wody. Tuż obok wrót, na zachodnim brzegu, umieszczono maszyny uruchamiające je. Na południowym brzegu znajdowała się stacja pomp opróżniających dok z wody.
Mniejsze statki i okręty mogły dostać się do basenów portowych przez śluzy tzw. Starego Wejścia lub przez awanport, skąd kanał z czterema śluzami prowadził do basenu “St. Nazair”, gdzie Niemcy przystąpili do budowy ogromnych bunkrów przeznaczonych na przystanie dla okrętów podwodnych. W wielu punktach ustawiono stanowiska dział kał. 20, 37 i 40 mm. Wdarcie się do portu wydawało się zadaniem samobójczym.
Newman poznał wkrótce dowódcę morskiej części operacji - komandora Roberta E.D. Rydera, nazywanego z racji inicjałów RED. Był to człowiek o bogatej przeszłości. Przed wojną służył na okręcie podwodnym, później dowodził statkiem badawczym działającym w rejonie Antarktydy. Tuż po wybuchu wojny powierzono mu dowodzenie okrętem-pułapką (tzw. Q-Ship); był to frachtowiec uzbrojony w wiele starannie zamaskowanych dział. Jego zadaniem było krążenie po Morzu Północnym w poszukiwaniu U-bootów. Autorom tego planu wydawało się, że niemiecki okręt, widząc samotny statek, nie zechce posłać go na dno za pomocą torpedy, lecz wynurzy się, aby ostrzelać z działa, a wówczas Q-Ship zrzuci pokojową maskę i rozpocznie ogień ze swej pokładowej artylerii. Ryder miał jednak pecha: U-boot nie wynurzył się, lecz strzałem z torpedy posłał na dno jego okręt. Komandor, któremu się udało w ostatniej chwili uchwycić jakiejś belki, spędził w wodzie cztery doby bez jedzenia i picia, aż odnalazł go jakiś okręt.
Wkrótce potem oddano pod jego komendę okręt transportowy Prince Philippe, ale i ten u wybrzeży Szkocji poszedł na dno po zderzeniu we mgle z innym okrętem. Ryder ponownie stanął na mostku kapitańskim statku transportowego, który w tajemniczych okolicznościach też zatonął.
Tego było już za dużo i Admiralicja odesłała szczęśliwego pechowego komandora do pracy na lądzie, gdzie został ekspertem do spraw zwalczania niemieckich wojsk inwazyjnych, gdyby pojawiły się one u brzegów Anglii.
Pewnego lutowego dnia RED wyruszył na wezwanie do Londynu, do dowództwa operacji połączonych (Combined Operations), na którego czele od października 1941 r. stał lord Mountbatten.
- Panowie, to jest cel największej z dotychczasowych akcji komandoskich - rozpoczął wyjaśnienia Mountbatten, wskazując makietę stojącą na dużym stole pośrodku pokoju. - Nadaliśmy jej kryptonim “Chariot”. Do portu wedrą się nasze jednostki z komandosami, którzy desantują się na nabrzeża i przystąpią do niszczenia najważniejszych urządzeń. Główne zadanie wykona okręt z ładunkami wybuchowymi. Staranuje on wrota suchego doku, niszcząc je całkowicie...
Był to pomysł kapitana J. Hughes-Halleta, szybko zaakceptowany przez Mountbattena.
Ryder rozglądał się po sali. Kazano mu przyjechać do Londynu, więc uczynił to, ale nie pojmował, w jakim celu.
- Oczywiście cały rejon jest strzeżony przez silne niemieckie oddziały. Przejście okrętu, który staranuje wrota, oraz jednostek z komandosami odbywać się będzie prawdopodobnie pod ogniem dział nabrzeżnych. Sądzę jednak, że uda nam się odwrócić uwagę ich obsługi przez równoczesny nalot bombowy - kontynuował lord. - To oczywiście tylko główne zarysy planu, którego szczegóły przygotuje zespół ekspertów z Combined Operations. Dowódcą całej operacji będzie podpułkownik Charles Newman...
- Tak jest! - Newman wstał i skinął głową.
- Morską częścią operacji dowodzić będzie komandor Robert Ryder... - Mountbatten zawiesił głos, aby dać czas na podniesienie się i przedstawienie zebranym wymienionego oficera. Ale Ryder nawet nie drgnął.
- Komandor Ryder! - powtórzył Mountbatten dobitniej.
- Ja?! Sir, to chyba jakieś... - Ryder wstał powoli, a na jego twarzy malowało się tak bezgraniczne zdumienie, że Mountbatten uśmiechnął się.
- Czy ma pan coś przeciwko tej nominacji? - zapytał.
- Ależ nie, sir! - wykrzyknął Ryder. - To zaszczyt...
Narada zakończyła się szybko. Rozpoczynał się najtrudniejszy okres szczegółowego przygotowania akcji. Przede wszystkim należało wybrać okręt. Specjaliści nie mieli wątpliwości, że powinien być to niszczyciel, gdyż tylko taki okręt można było opancerzyć tak, by miał szansę przedrzeć się przez ogień nabrzeżnych baterii. Pierwotnie wybór padł na polski niszczyciel Burza. Na początku roku 1942 okręt ten wszedł do Portsmouth, gdzie miał być poddany gruntownemu remontowi. Anglicy narzekali, że Burza jest jednostką nietypową w ich flocie, co powoduje ogromne kłopoty z dobraniem części zamiennych i uzupełnianiem wyposażenia. Dlatego właśnie zaproponowali, żeby to polski niszczyciel staranował bramę doku. Kierownictwu Marynarki Wojennej nie odpowiadała jednak zamiana pięknego okrętu w taran i zdecydowanie odmówiło zgody na użycie jednostki stanowiącej polską własność. Wtedy Newman i Ryder wypatrzyli przy nabrzeżu portu w Portsmouth HMS Campbeltown, stary eks-amerykański niszczyciel USS Buchanan, dostarczony Wielkiej
Brytanii wraz z 50 innymi okrętami w zamian za zgodę na korzystanie przez USA z baz w rejonie Karaibów.
Należało oczywiście niszczyciel przygotować do niezwykłej misji i Newman postanowił osobiście dokonać inspekcji. Wczesnym rankiem wyruszył do portu, ale przy trapie drogę zagrodził mu Ryder.
- Wybierasz się na pokład?
- Tak. Chcę się rozejrzeć po tym okręcie - odparł Newman, zdziwiony takim powitaniem.
- A jeżeli w pobliżu jest jakiś niemiecki szpieg, to sądzisz, że nie zwróci uwagi, iż po pokładzie niszczyciela chodzi sobie oficer wojsk lądowych?...
Newman cofnął się skonfundowany.
- Od razu będzie wiadomo, że przygotowujemy jakąś akcję - mówił wyraźnie zadowolony z siebie Ryder. - Ach, te szczury lądowe! - dodał, gdy Newman oddalił się o parę kroków, i podążył za nim.
10 marca Campbeltown przeszedł do Devonportu, gdzie został poddany koniecznym zmianom. Przede wszystkim trzeba mu było ująć nieco ciężaru, by w ten sposób zmniejszyć o 1,2 metra zanurzenie; z 4,4 do 3,2 metra. Było to konieczne, gdyż zakładano, że niszczyciel będzie musiał dostać się do doku przez płytkie wody ujścia Loary, gdzie było wiele mielizn. Po 9 dniach, gdy zdemontowano 3 działa kał. 100 mm, wyrzutnie torpedowe, bomby głębinowe itp.7 okazało się, że zanurzenie zmniejszyło się tylko o 90 cm. Oznaczało to, że przy prędkości 15 węzłów między kilem okrętu a dnem pozostanie tylko 60 centymetrów. Nie było jednak rady.
Campbeltown zmienił się całkowicie. Mostek obłożono pancernymi płytami o grubości 12 milimetrów, chroniącymi załogę przed pociskami z broni maszynowej i działek kał. 20 mm. Na pokładzie przyspawano cztery rzędy stalowych płyt o tej samej grubości, za którymi mogli skryć się komandosi. W miejsce zdemontowanych dział wstawiono 8 działek Oerlikona kał. 20 mm, a na dziobie ustawiono działo 12-funtowe.
Zmieniła się również sylwetka okrętu. Z poczciwego czterokominowca wycięto dwa kominy, a pozostałe dwa skrócono. Dzięki tym wszystkim zmianom eks-amerykański niszczyciel upodobnił się do niemieckich okrętów typu Mowę, które często zawijały do St. Nazaire. Można więc było liczyć na to, że wygląd niszczyciela zmyli w pierwszej chwili załogi nabrzeżnych baterii.
Pozostał problem zamontowania ładunku wybuchowego. Była to bardzo trudna sprawa. Eksplozja musiała nastąpić po paru godzinach od staranowania wrót, tak aby załoga i komandosi mieli czas opuścić okręt i oddalić się na bezpieczną odległość. Ładunek powinien znajdować się możliwie najbliżej dziobu, który wryje się we wrota, a jednocześnie należało zabezpieczyć go przed eksplozją w wyniku zderzenia. Jak nie dopuścić do zdemontowania zapalników przez niemieckich saperów, którzy na pewno wejdą na pokład po opuszczeniu go przez Brytyjczyków?
Te problemy rozwiązali dwaj eksperci od broni: porucznik Nigel Tibbits i kapitan Pritchard. Uznali, że najlepsze miejsce na założenie materiałów wybuchowych znajduje się tuż za stalowym słupem podtrzymującym pokład w miejscu zamontowania wieży artyleryjskiej; konstrukcja dawała pewność, że ta sekcja kadłuba nie zostanie zgnieciona przy taranowaniu wrót doku. Tam też złożono 24 bomby głębinowe zawierające łącznie 4,25 ton materiału wybuchowego. Wszystkie zostały połączone za pomocą cordtex - wodoodpornych zapalników zespolonych z głównym zapalnikiem, tzw. ołówkowym, uzbrajającym się w wyniku uderzenia i działającym z ośmiogodzinnym opóźnieniem. Całość zamknięto w stalowym pudle oblanym betonem, co dawało pewność, że Niemcy po wejściu pod pokład nie zorientują się szybko, co zawiera betonowy kloc. Gdyby Campbeltown zawiódł i nie udało mu się dotrzeć do doku, do akcji miał przystąpić ścigacz torpedowy MTB-74. Dowodził nim podporucznik Wynn i według jego projektu przebudowano okręt. Dwie wyrzutnie torpedowe, umieszczone normalnie wzdłuż burt, przeniesiono na dziób i uzbrojono w specjalne torpedy wyposażone w zapalniki zegarowe, a nie, jak w tego typu broni - uderzeniowe. Te zmiany miały umożliwić MTB-74 atakowanie okrętów w portach chronionych sieciami przeciwtorpedowymi. Ścigacz podpływał do sieci i dopiero wtedy wystrzeliwał torpedy. Umieszczenie wyrzutni na dziobie umożliwiało torpedom przeskoczenie sieci. Torpeda tonęła w pobliżu zaatakowanego obiektu i po pewnym czasie eksplodowała, kierując na kadłub słup wody pod ogromnym ciśnieniem.
Podstawowym problemem był jednak wadliwie zaprojektowany napęd ścigacza wyposażonego w pięć silników. Gdy tylko jeden szwankował, cztery pozostałe - jakby na znak solidarności - również odmawiały posłuszeństwa. W tej sytuacji zbyt ryzykowne byłoby wyprawianie okrętu w samodzielny rejs do St. Nazaire i zadecydowano, że odbędzie podróż na holu za Campbeltownem.
W skład armady miały wejść ponadto ścigacze ML - “B” Class z dodatkowymi zbiornikami paliwa (2250 litrów), umożliwiającymi tym jednostkom - przeznaczanym do przybrzeżnej służby - odbycie morskiej podróży, oraz ścigacz MGB “C” Class silnie uzbrojony w 2-funtowe działko Vickersa wystrzeliwujące 120 pocisków na minutę, 2-funtowe działko Rollsa oraz dwa najcięższe karabiny maszynowe kał. 12,7 mm. Ten okręt przysparzał załodze sporych kłopotów; jego dwa silniki uniemożliwiały utrzymanie stałej prędkości; wahała się ona od 15 do 40 węzłów. Nie było innej rady - też musiał płynąć na holu za jednym z niszczycieli eskorty.
Broń była gotowa. Nadchodził czas akcji.
26 marca 1942 r. o 14.00 z portu Falmouth wyszedł w morze konwój. Okręty uformowały szyk w postaci szeroko rozwartego, odwróconego “v”. Na czele szły dwa ścigacze torpedowe. Pozostałe ścigacze tworzyły ramiona osłaniające idący w środku niszczyciel Campbeltown (ciągnący na holu MTB) oraz dwa niszczyciele eskorty: Tynedale i Atherstone z przyczepionym MGB. Na ich pokładach było 611 komandosów.
Okręty przyjęły typowy szyk stosowany przez Royal Navy w czasie polowania na niemieckie okręty podwodne. Uczyniły to specjalnie, aby nie wzbudzać podejrzeń przypadkowo napotkanych niemieckich jednostek pływających lub samolotów. Przystępując do ataku, miały zmienić szyk.
Już na kanale La Manche wydawało się, że szczęście nie sprzyja śmiałkom. 27 marca o godzinie 7.29 oficer wachtowy z Tynedale zameldował, że w odległości kilku mil znajduje się dziwny obiekt.
Komandor Ryder podszedł do radiostacji, wezwany przez oficera, który odebrał sygnał.
- Zapytajcie ich, co to może być - polecił.
- Kiosk niemieckiego okrętu podwodnego lub łódź rybacka, sir - zameldował po chwili radiotelegrafista.
- Przekaż im, że mają ruszyć w tamtą stronę i sprawdzić, co to jest naprawdę - rozkazał Ryder, ale zaraz okazało się, że sprawdzenie nie jest konieczne.
- U-boot przed nami! - doszedł z mostka głos marynarza obserwującego morze przez lornetkę.
Ryder wybiegł na zewnątrz. Nie było już żadnych wątpliwości. W odległości około 7,5 mili na powierzchni morza szedł U-boot. Tynedale i tuż za nim Atherstone ruszyły pełną parą w jego stronę.
Niemcy z nieznanych powodów nie obserwowali morza. Tynedale zbliżył się na odległość 3800 metrów i rozpoczął ogień z dział dziobowych. Jednakże artylerzyści nie popisali się, gdyż wśród fontann wzbijanych przez pociski, niemiecki okręt skrył się pod wodą. Z pokładu niszczyciela wystrzelono kilka bomb głębinowych. Tym razem salwa była celniejsza i zmusiła U-boota do wynurzenia się. Znów jednak zawiedli artylerzyści i okręt skrył się pod wodą. Dwugodzinne prawie polowanie, w którym brały udział dwa niszczyciele, na nic się zdało i około 9.30 powróciły do szyku.
- Sądzisz, że nadali sygnał ostrzegawczy? - Newman odłożył na bok lornetkę, przez którą obserwował nieudany pojedynek z U-bootem.
- Tak myślę. - Ryder wiedział, że na nim spoczywa ciężar decyzji. Jeżeli port w St. Nazaire został ostrzeżony o nadciąganiu brytyjskiej flotylli, to w tej chwili ruszyło w tę stronę kilka okrętów. Jednakże RED uznał, że nie należy przerywać akcji. - Jesteśmy w odległości około 100 mil na południowy zachód od Brestu. Jeżeli nawet załoga U-boota zawiadomiła bazę, to nie mają żadnych podstaw sądzić, że zmierzamy do St. Nazaire. Będą przekonani, że jesteśmy zwykłym zespołem polującym na U-booty.
- Dość nieudolnie - mruknął Newman, mając na myśli niedawną potyczkę niszczycieli z niemieckim okrętem.
- Poza tym pogoda nam sprzyja - dodał Ryder, wpatrując się w niskie deszczowe chmury, które zakrywały horyzont. - Możemy mieć pewność, że samoloty nas nie dostrzegą.
Sprawdziły się obawy dowódców, że załoga niemieckiego okrętu ostrzegła port w St. Nazaire. Jednakże, na szczęście dla Brytyjczyków, radiotelegrafista pomylił się i podał, że wrogie okręty zmierzają na zachód, co nie wzbudziło większego zainteresowania w niemieckich bazach.
O godzinie 11.35 z niskich, wiszących tuż nad wodą chmur wyłoniła się flotylla francuskich kutrów rybackich wracających z połowu na przybrzeżnych wodach.
- Jest ich sześć - zameldował wachtowy.
- Jeżeli mają radiostację, mogą powiadomić Niemców - zmartwił się Newman. - A nie możemy rozwalić tylu francuskich kutrów, bo będzie to niesłychana gratka dla niemieckiej propagandy.
- Ale możemy zabrać załogi na pokład...
Tynedale ruszył w stronę dwóch płynących najbliżej kutrów, wzywając je do zatrzymania. Załogi nie stawiały oporu i potulnie weszły na pokład niszczyciela. W tym samym czasie Atherstone zatrzymał trzeci z kutrów, którego szyper zapewnił Brytyjczyków, że żadna z łodzi nie ma radiostacji, a załogi składają się z Francuzów nienawidzących Niemców.
- Czy wie pan, że musimy zatrzymać pana i zatopić łódź? - Ryderowi było wyraźnie przykro.
- C’est la guerre! - Szyper wzruszył ramionami. Nie ukrywał jednak satysfakcji, widząc jak przez wiele minut brytyjscy artylerzyści strzelają z odległości kilkudziesięciu metrów do łódki, a ta wciąż kołysze się na falach.
- Podpalić tę krypę! - krzyknął Ryder rozzłoszczony kolejnymi nieudanymi popisami artylerzystów.
Dalszy rejs przebiegł już spokojnie.
O godzinie 22.00 na Campbeltownie, który z nadejściem ciemności wysunął się na czoło szyku, dostrzeżono dwa błyśnięcia lampy. Ten sygnał nadawano z pomostu okrętu podwodnego Sturgeon, który wcześniej dotarł do ujścia Loary. Błyski oznaczały, że po przebyciu 450 mil zespół komandosów znalazł się dokładnie w miejscu określonym jako “Point Z”.
Porucznik Tibbits zszedł pod pokład Campbeltowna i uruchomił zapalnik ładunku wybuchowego. Ze zgniecionej szklanej kapsuły zaczął wyciekać kwas, który po ośmiu godzinach miał przeżreć miedziany drut podtrzymujący iglicę. Akcja się rozpoczęła, ale komandosi musieli czekać, aż nadlecą samoloty, które, bombardując port, miały zająć uwagę Niemców. O 23.30 dobiegł szum silników. Bombowce zbliżały się do portu.

- Na stanowiska! - Kapitan Mecke, dowódca niemieckiej morskiej brygady obrony przeciwlotniczej ogłosił alarm, gdy tylko stacja radiolokacyjna zameldowała o zbliżaniu się alianckich samolotów.
Zbiegł wąskimi schodami na dół bunkra, w którym pracowała obsługa stacji radiolokacyjnej.
- Około 30 maszyn z północnego zachodu, na wysokości 2000 metrów - zameldował operator.
- Jak mogą atakować przy takiej pogodzie?! Przecież nic nie widzą?! - zdziwił się Mecke. Wieczorem pogoda się pogorszyła i gruba warstwa deszczowych chmur zasłoniła niebo. W takich warunkach alianci nie dokonywali dotąd nalotów...
- W dalszym ciągu na 2000 metrów - meldował operator.
Po kilku minutach rozległ się odległy wybuch, po chwili drugi.
- Są nad nami, ale nic z tego nie rozumiem! - Mecke zaczynał podejrzewać, że nalot ma inny cel niż zniszczenie bronionej przez niego placówki. Brytyjskie samoloty zrzucały bomby z wysokości 2000 metrów rzadko i niecelnie. Jedna z bomb eksplodowała pośrodku rzeki, inna trafiła w port, wzniecając pożar. Słychać było jeszcze dwa wybuchy.
- Przekazać meldunek! - Mecke obrócił się do radiotelegrafisty. - Zachowanie nieprzyjacieskich samolotów jest niewytłumaczalne i wskazuje na możliwość lądowania spadochroniarzy.
Pół godziny później samoloty odleciały, ale Mecke nakazał wszystkim załogom dział przeciwlotniczych pozostanie na stanowiskach. Miały zwracać szczególną uwagę na brzeg morza.
15 minut później w bunkrze Meckego zadźwięczał teklefon.
- Kapitan Mecke, słucham.
- Stanowisko nr 3. Od morza zbliża się 17 jednostek. Idą obok awanportu.
- Połączcie mnie z dowódcą portu - rozkazał Mecke. - Jeśli jest w domu i śpi, to go obudźcie.
- Tak, kapitanie... - Głos dowódcy był wyraźnie zaspany. - Czy dzieje się coś niezwykłego?
- Jeszcze nie wiem. Czy dzisiejszej nocy spodziewany jest jakiś większy konwój?
- Nie!
O godzinie 1.22 fala świateł z nabrzeżnych reflektorów zalała niszczyciel Campbeltown i podążające po jego bokach ścigacze. Widać je było jak na dłoni, ale Niemcy nie rozpoczęli ognia. Prawdopodobnie zmyliła ich sylwetka brytyjskiego niszczyciela: komin Campbeltowna znakomicie upodabniał go do niemieckiego torpedowca. Mijały minuty, a z brzegu nie padł żaden strzał.
Komandor Robert Ryder, który wraz z Newmanem urządził stanowisko dowodzenia na Starym Molo, obliczał, że do celu pozostało jeszcze półtorej mili. Przebycie tej trasy powinno zająć około 10 minut. Jednakże cisza nie trwała długo. Niemcy przez radio zażądali podania znaków rozpoznawczych.
Radiotelegrafista z niszczyciela nie stracił głowy i odpowiedział: “Czekajcie”. Tuż potem podał, znany Anglikom, znak jednego z niemieckich torpedowców. Tym razem jednak Niemcy nie dali się zwieść. Z brzegu padły pierwsze strzały.
Campbeltown przekazał następny sygnał: “Dwie jednostki uszkodzone w wyniku akcji nieprzyjacielskiej proszą o bezzwłoczne wydanie zgody na wejście do portu”. Strzały ucichły. Do bramy doku pozostała jeszcze mila. Z mostka brytyjskiego niszczyciela nadawano za pomocą lampy międzynarodowy sygnał informujący, że okręt znalazł się pod ogniem zaprzyjaźnionych sił, ale Niemcy nie mieli już wątpliwości, że to nie ich jednostka zbliża się do portu.
Jednostki patrolowe i baterie nadbrzeżne wznowiły kanonadę. Campbeltown odpowiedział ogniem, zatapiając jedną z małych jednostek straży przybrzeżnej i parł do przodu z szybkością 19 węzłów. Płyty osłaniające mostek i pancerze przyspawane do pokładu znakomicie osłaniały załogę i komandosów. Nie wytrzymałyby ognia cięższych dział, ale przy doku znajdowały się jedynie stanowiska obrony przeciwlotniczej z działkami kał. 20 mm. Tysiące pocisków z oerlikonów i karabinów maszynowych leciało w stronę niszczyciela; żaden jednak nie był tak celny, by zatrzymać szarżujący okręt. Straty na pokładzie nie były duże: ranny został sternik i dwaj marynarze z obsługi działek. Dopiero tuż przed bramą pocisk dużego kalibru trafił w stanowisko 12-funtowego działa i zabił obsługę. Jednakże już nic nie mogło powstrzymać niszczyciela przed uderzeniem w bramę doku.
- Przygotować się do taranowania! - krzyknął przez megafon dowódca Campbeltowna.
Kadłub zadygotał, gdy okręt wrył się w stalową sieć chroniącą dostępu do wrót. Liny, które miały za zadanie powstrzymać torpedy, nie wytrzymały impetu okrętu i pękły. Jednakże prędkość Campbeltowna spadła wyczuwalnie, a do bramy pozostało jeszcze kilkadziesiąt metrów. Zapalający pocisk rozerwał się na dziobie, wzniecając pożar. Campeltown, płonąc jak pochodnia, wbił się w stalowe wrota. Dziób uniósł się do góry ze straszliwym zgrzytem zgniatanych blach, a po chwili opadł o kilkadziesiąt centymetrów. Była godzina o l.34.
W czasie gdy niszczyciel szarżował na wrota, komandosi dopłynęli na motorówkach do brzegu i założyli ładunki wybuchowe w maszynowni doku, magazynach, dźwigach i stacji pomp. Wybuchy i następujące po nich pożary powiększały dezorientację Niemców, którzy zdołali jednak zatopić 11 ścigaczy. Do pozostałych pięciu załadowano część załogi Campbeltowna i rannych komandosów. Żołnierze, dla których zabrakło miejsca, otrzymali rozkaz przebicia się do miasta i dalej - do lasu, gdzie czekał już na nich oddział partyzancki.
W czasie operacji zginęło 144 komandosów.
Ci, którzy odpływali w stronę czekających na morzu niszczycieli, i ci, którzy przedarli się do St. Nazaire, przeżyli gorzkie chwile rozczarowania. Minął czas, na jaki były nastawione zapalniki ładunku wybuchowego, lecz eksplozja nie nastąpiła. Wydawało się, że bohaterska akcja, która pochłonęła tak wiele ofiar, zakończy się fiaskiem, gdyż zawiodły zapalniki, lub też Niemcy odkryli je w porę i rozbroili. Jednakże Niemcy nie wiedzieli, że pod pokładem okrętu wbitego we wrota doku znajduje się ładunek wybuchowy. Uznali, że zadanie Brytyjczyków polegało na staranowaniu bramy.
Nad ranem kilkudziesięciu oficerów niemieckich weszło na pokład Campbeltowna.
Dokonywali pomiarów, sprawdzali stopień zniszczenia wrót, fotografowali. Zapewne wielu zeszło pod pokład, ale nikt nie zwrócił uwagi na betonową skrzynię za stalowym filarem. Być może uznali, że to balast, który miał wzmocnić siłę taranowania. I wtedy zadziałały zegarowe zapalniki. Było to prawdopodobnie po godzinie 11.00.
Straszliwa eksplozja ponad 4 materiałów wybuchowych zmiotła 40 oficerów znajdujących się na pokładzie i zabiła kilkuset żołnierzy zebranych na nabrzeżu. Ofiarą wybuchu padło około 400 oficerów i żołnierzy. Dok, który mógł służyć Tirpitzowi powracającemu z atlantyckich łowów, przestał działać. Było oczywiste, że naprawa zajmie wiele miesięcy.
Jednakże opóźniony wybuch na pokładzie Campbeltowna nie był jedyny. W poniedziałek 30 marca o godzinie 16.30 potężna eksplozja wstrząsnęła śluzą Starego Wejścia, a po półgodzinie - druga. 60 godzin po akcji komandosów eksplodowały głowice dwóch torped wystrzelonych przez MTB. Francuscy robotnicy pracujący w tym rejonie, nie wiedząc, co się dzieje, zaczęli uciekać w stronę wielkiego doku. Przejście przez most nad śluzą zamykał posterunek, ale żołnierze, widząc tłum uciekających, ustąpili im drogi. Następny posterunek otrzymał rozkaz zatrzymania biegnących. Długie serie z karabinów maszynowych dziesiątkowały robotników. W ciągu kilkunastu minut zginęło 280 Francuzów. Wkrótce strzały rozległy się w innych punktach portu. O zmierzchu zdezorientowani niemieccy żołnierze strzelali do własnych patroli; te odpowiadały ogniem. W chaotycznej strzelaninie zginęło kilkunastu żołnierzy oraz robotników z organizacji Todta, gdyż ze względu na mundury khaki, często byli brani za brytyjskich komandosów.





Artykuł jest z Twoja-Strona.Net
http://twoja-strona.net/html

Adres tego artykułu to:
http://twoja-strona.net/html/Biblioteka_Art390.html