
Temat: Śmierć Marszałka - Rozdział 33
Data: 2005-12-17 o godz. 11:48:58 Autor: Bogusław Wołoszańsi
Tytuł: "Śmierć Marszałka"
Autor: Bogusław Wołoszański
Rozdział: Radio... Dyslokacja - Bruneval
Cieszę się, że pan się zgodził - generał wyciągnął rękę w stronę sierżanta Coxa. Ten, zaskoczony, wymamrotał jakąś formułkę. Zupełnie nie wiedział, o co chodzi generałowi. Na nic się nie zgadzał. Kazano mu stawić się w Ministerstwie Lotnictwa l lutego 1942 r. o godzinie 9.00, więc wykonał rozkaz nie mając pojęcia, o co chodzi.
- To trudna i niebezpieczna misja. Nie mogę teraz oczywiście wyjawić panu szczegółów. Pozna je pan w odpowiednim czasie - mówił dalej generał.
Tak rozpoczął się długi i żmudny trening sierżanta Coxa, który po paru dniach doszedł do wniosku, że jego zadaniem będzie zniszczenie lub zdemontowanie stacji radiolokacyjnej.
Niemcy, którzy w czasie bitwy o Anglię w 1940 r. nie mieli pojęcia, jak skuteczną bronią są radary, i jak bardzo ułatwiły Brytyjczykom obronę, w 1941 r. poczynili znaczące postępy w konstruowaniu stacji radiolokacyjnych i budowie sieci posterunków na brzegach Francji. Zdjęcia lotnicze wykazały, że w Normandii wybudowano 15 stacji, a najnowocześniejsza mieściła się we wsi Bruneval, około 20 kilometrów na północ od Le Havre.
Prostokątna antena, otoczona niskim murkiem, została umieszczona na wysokich skałach, w odległości 100 metrów od brzegu. Dalej, w głębi lądu, znajdowała się piękna normandzka willa, w której mieszkała obsługa licząca prawdopodobnie dziesięciu specjalistów.
To miejsce wydawało się doskonale zabezpieczone przed atakami. Od strony morza dostępu broniła skalista ściana wznosząca się na wysokość 100 metrów nad wąskim skrawkiem kamienistej plaży. Łodzią można było dobić do wsi Bruneval, ale nad drogami prowadzącymi ze wsi do stacji radiolokacyjnej zlokalizowano 15 stanowisk karabinów maszynowych. Nie dało się podejść niepostrzeżenie do willi, a na głos alarmu do walki włączyłby się 100-osobowy oddział strażniczy, kwaterujący w budynkach farmy La Presbytere, odległych o około 350 metrów od radaru. Kilometr dalej stacjonował pułk piechoty, a w odległości kilku kilometrów batalion dysponujący samochodami pancernymi.
Jednakże dowódca operacji, major John D. Frost, analizując zdjęcia lotnicze doszedł do wniosku, że teren nadaje się doskonale dla spadochroniarzy. Mogli wylądować w wielu punktach równocześnie i podjąć symultaniczny atak na niemieckie stanowiska. Latarnia morska na Cap d’Antifer była doskonałym drogowskazem. Plan zaakceptowano. Komandosi mieli być zrzuceni z pokładu bombowców RAF, a po wykonaniu zadania zabrałyby ich z plaży Bruneval okręty Royal Navy.
Noc z 27 na 28 lutego 1942 r. przyniosła wymarzoną pogodę do przeprowadzenia operacji tego rodzaju. Księżyc świecił jasno przez rzadkie chmurki.
W kabinach bombowców Whitley, nie przystosowanych do transportu ludzi, panowało przenikliwe zimno. Dlatego też wyposażono komandosów w śpiwory, które rozłożyli na podłodze, gdy tylko weszli na pokłady bombowców.
O godzinie 23.30 dowodzący grupą 12 bombowców Wing Comnader Pickard nadał sygnał: “Przygotować się do akcji”. Samoloty zbliżały się do francuskiego brzegu.
Komandosi zwinęli śpiwory i ustawili się w szeregach.
Zielone światło na kabinie pilotów i przenikliwy brzęczyk oznaczały, że samoloty znajdują się w pobliżu celu. Jeden po drugim spadochroniarze wysuwali się przez dziurę w podłodze w czarną przepaść.
Sierżant Cox wylądował sprawnie. Godziny spędzone na treningach nie były zmarnowane. Zwinął spadochron i zaczął rozglądać się za pojemnikiem z ciężką bronią, materiałami wybuchowymi i narzędziami niezbędnymi do demontażu urządzeń stacji radiolokacyjnej. Znalazł go bez trudu w śniegu pokrywającym pola Bruneval i tuż potem dołączył do oddziału porucznika Younga mającego opanować radar. Major Frost dowodził drugą grupą, która skierowała się w stronę normandzkiej willi. Trzeci oddział blokował drogę prowadzącą z farmy La Presbytere, a czwarty powinien przebić się do skał i oczyścić drogę do plaży.
Niemcy - całkowicie zaskoczeni atakiem - porzucili nietknięte urządzenia elektroniczne i schronili się na farmie. Cox dopadł do radaru i, nie zważając na strzelaninę, przystąpił do demontażu. Ostrzał nasilał się. W pewnym momencie pocisk wytrącił sierżantowi z ręki część, którą właśnie wymontował. Nie przerwał jednak pracy i po kilkunastu minutach elementy stacji leżały na betonowym cokole. Trzej saperzy zaczęli przygotowywać ładunki wybuchowe.
- Wycofujemy się! - Z oddziału majora Prosta nadszedł sygnał odwrotu. Na drodze prowadzącej do La Presbytere dostrzeżono światła pojazdów. Niemcy mogli przystąpić do kontrataku, a jeżeli udałoby im się ściągnąć na pomoc samochody pancerne, mieliby możność odciąć Brytyjczykom drogę odwrotu. Teraz wszystko zależało od grupy, która miała zlikwidować stanowiska ogniowe broniące zejścia na plażę. Wydawało się, że droga jest czysta; gdy komandosi dotarli do wąskiej drogi, usłyszeli nawoływania:
- Łodzie są tutaj. Wszystko w porządku. Schodźcie na dół!
Kilku komandosów poderwało się, ale natychmiast grad pocisków przycisnął ich do ziemi. Domyślili się, że któryś z Niemców, znający angielski, krzyczał z plaży, aby wciągnąć ich w pułapkę.
Dopiero poniewczasie Frost się zorientował, że grupa, która miała utorować drogę do miasta, została zrzucona za daleko i nie zdążyła dotrzeć na czas.
- Lucky, bierz sześciu ludzi i atakuj bunkier na zboczu! - krzyknął do sierżanta.
Wszelkie wysiłki opanowania niemieckiego stanowiska okazały się bezowocne. Czas uciekał. Lada moment z tyłu mogły nadjechać niemieckie samochody pancerne. I wtedy w ciemnościch rozbłysły nagle latarki. Nadchodziła spóźniona grupa porucznika Charterisa. Tylko dzięki błyskom latarni na Cap d’Antifer odnaleźli drogę i sprawnie dotarli na miejsce. Ich przybycie dodało ducha komandosom tulącym się do skał, nad którymi świstały niemieckie pociski. Jeden z nich celnym rzutem granatu wybił załogę karabinu maszynowego, co otworzyło drogę do bunkra, który wkrótce potem został zniszczony.
Komandosi rozcięli druty kolczaste i zsunęli się na dół, na plażę. O godzinie 2.30 do brzegu zaczęły dobijać łodzie, które zabrały Brytyjczyków. Po drodze dołączyły do nich dwa niszczyciele, które miały osłonić kolumnę niewielkich jednostek przed atakiem niemieckich okrętów.
Komandosi zostawili na francuskim brzegu jednego zabitego i 7 zaginionych. W ciągu dwugodzinnej akcji odnieśli wielkie zwycięstwo: zabili 30-35 niemieckich żołnierzy, zniszczyli stanowisko radarowe, zdobyli kompletny radar i trzech jeńców.
|
|