Temat: Śmierć Marszałka - Rozdział 31
Data: 2005-12-16 o godz. 21:39:06
Autor: Bogusław Wołoszańsi


Tytuł: "Śmierć Marszałka"
Autor: Bogusław Wołoszański
Rozdział: Połowiczny Sukces

Winston Churchill machnął ręką na powitanie policjantowi stojącemu przy drzwiach budynku na Downing Street 10 i wszedł do hallu, gdzie oddał kamerdynerowi kapelusz.
- Piękny dzień, nieprawdaż, sir? - Kamerdyner wypowiedział na powitanie żelazną formułkę.
- Chyba oszalałeś, Bates - ofuknął go Churchill i skierował się w stronę schodów prowadzących do gabinetu na pierwszym piętrze.
Zamknął za sobą starannie drzwi i podszedł do okna. Dzień był rzeczywiście piękny. Na niebie nie pojawiła się ani jedna chmura. Jemu zaś wydawało się, że to najgorszy dzień, jaki mógł przydarzyć się w życiu premiera Wielkiej Brytanii. 22 czerwca 1940 r. przyniósł fatalne wiadomości: najbliższy i najpotężniejszy sojusznik na kontynencie - Francja - podpisała zawieszenie broni! Churchill mógł spodziewać się tego od dawna, ale oficjalne potwierdzenie złych oczekiwań podziałało na niego przygnębiająco. Wielka Brytania pozostała teraz jedynym państwem w Europie, gotowym stawiać opór niemieckiej potędze.
Premier obciął koniec cygara gilotynką, zapalił je i usiadł niezgrabnie na w fotelu za biurkiem.
Leżały przed nim równo ułożone papiery, które powinien przejrzeć, ale nie miał na to najmniejszej ochoty. Pomyślał jednak, że lektura może rozproszyć czarne myśli i zabrał się do wertowania kartek. Nagle wzrok jego padł na dokument zatytułowany “Operacje desantowe specjalnych oddziałów Wehrmachtu”. Premier nie sprawdził, kto jest autorem tego opracowania, ale tytuł przyciągnął jego uwagę. Uwielbiał niekonwencjonalne działania i uważał, że przy ogromnej dysproporcji sił Wehrmachtu i British Army działania jednostek specjalnych mogą mieć wielkie znaczenie.
Dokument zawierał dość ogólnikowy opis działania niemieckich spadochroniarzy w Polsce*[* We wrześniu 1939 r. Niemcy, chcąc zachować w tajemnicy istnienie wojsk powietrzno-desantowych, przeprowadzili na terenie Polski tylko niewielkie akcje: 1. batalion 2. pułku 22. dywizji dokonał desantu na lotnisku w Dęblinie, a 2. batalion desantował się w rejonie Przełęczy Dukielskiej. Ponadto żołnierze 2. batalionu 1. pułku walczyli w rejonie Woli Gułoskiej, gdzie zginął pierwszy niemiecki spadochroniarz w II wojnie światowej.] we wrześniu 1939 r., w Holandii w maju 1940 r. oraz w belgijskim forcie w Eben Emael.
Churchill złożył równo kartki i sięgnął po pióro. Pisał:
Do gen. Hastingsa Ismaya [szefa oddziału wojskowego sekretariatu Gabinetu Wojennego - B W]. Powinniśmy mieć oddział co najmniej 5 tysięcy spadochroniarzy (...). Proszę mi przedstawić raport na ten temat.
Generał Ismay wiedział doskonale, że zwrot “przedstawić raport” oznacza “poinformować, co już zrobiono”, a premier słynął z żelaznej konsekwencji. Generał zaczął działać. Dwa dni później przekazał majorowi Johnowi Rockowi rozkaz zorganizowania brytyjskiego oddziału powietrznodesantowego.
Rock nie był zachwycony. Nie wiedział, jakie zadania ma wykonywać nowa jednostka, nigdy nie skakał ze spadochronem, nie wiedział, skąd ściągnąć ludzi, samoloty i niezbędny sprzęt.
Pomogło mu dowództwo Royal Air Force, które oddelegowało instruktorów uczących pilotów samolotów myśliwskich i bombowych, jak ratować się na spadochronach, dostarczyło niezbędny sprzęt treningowy, a nawet oddało sześć samolotów bombowych Armstrong-Whitworth Whitley.
Już 13 lipca 1940 r. pierwsi ochotnicy mogli przeżyć emocje skoków z samolotów, w których zdemontowano tylną wieżyczkę. Spadochroniarz stawał tyłem do wąskiego otworu w ogonie samolotu, a instruktor pociągał za rączkę jego spadochronu. Z zasobnika na plecach wypadała czasza, którą natychmiast wypełniało powietrze, rozwijająca się czasza wyrywała skoczka z kadłuba. Wkrótce ułatwiono życie nieszczęśnikom narażonym na bardzo nieprzyjemne wyszarpywanie z samolotu, zmieniając technikę skoku. W podłodze kadłuba wycięto otwór o średnicy 90 centymetrów, przez który mógł się przecisnąć żołnierz ze spadochronem.
Niebawem inny problem zaprzątnął uwagę dowództwa nowego oddziału: bezpieczeństwo skoków. 25 lipca jeden ze skoczków zginął, gdyż jego spadochron się nie otworzył. W ciągu następnych dni zdarzyło się kilka mniej groźnych wypadków, których przyczyną była niewłaściwa konstrukcja spadochronów używanych dotychczas przez pilotów do awaryjnego opuszczania samolotu, ale nie przystosowanych do skoków żołnierzy obładowanych sprzętem i bronią. Podstawowy problem polegał na tym, że skoczek po opuszczeniu samolotu musiał pociągnąć za rączkę, która otwierała zasobnik na plecach, a pęd powietrza rozwijał wówczas czaszę. Było oczywiste, że przy masowym szkoleniu żołnierzy taka technika skoków będzie przyczyną wielu wypadków.
Jednakże wkrótce sir Raymond Quilter i James Gregory wymyślili nowy typ spadochronu, w którym nylonowa linka, przytwierdzona do uchwytu w kabinie, wyciągała z zasobnika na plecach skoczka wewnętrzny pojemnik ze złożonym spadochronem; linki łączące pojemnik z uprzężą skoczka rozwijały się całkowicie i wtedy odpadał pokrowiec czaszy, która już bez przeszkód mogła swobodnie się rozwinąć. Czasza z naturalnego lub sztucznego jedwabiu miała średnicę 8,53 setne metra i przymocowana była do szelek spadochroniarza za pomocą 28 linek. Stabilność opadania zapewniał otwór o średnicy 56 centymetrów, wycięty pośrodku czaszy. Te spadochrony - nazwane “X-Type” okazały się bardzo dobre, aczkolwiek ich wadą była wrażliwość na wilgoć, utrudniająca lub nawet uniemożliwiająca otwarcie mokrego spadochronu.
Skoczkowie nie mieli spadochronu zapasowego, gdyż otwór w podłodze Whitleya był za mały, aby mógł przez niego przecisnąć się żołnierz z dodatkowym pojemnikiem na brzuchu. A ponadto sprzęt ten kosztował 60 funtów i był zbyt drogi, aby można było pozwolić sobie na zdublowanie go.
Inny problem, który musieli rozwiązać dowódcy jednostki powietrznodesantowej, polegał na wyposażeniu lądujących żołnierzy w broń niezbędną do podjęcia natychmiastowej walki. Było oczywiste, że spadochroniarze nie mogą opadać na ziemię objuczeni karabinami maszynowymi, amunicją, granatami, zapasem żywności, medykamentów, nie mówiąc już o moździerzach, rusznicach przeciwpancernych itd. Najbardziej niezbędne wyposażenie ważyło kilkadziesiąt kilogramów; tak obciążony żołnierz, uderzając o ziemię mógłby doznać kontuzji. Początkowo próbowano dawać skoczkom tylko pistolety i noże, a resztę wyposażenia ładowano do oddzielnie zrzucanych pojemników przewożonych w komorach bombowych lub podczepionych na zewnątrz samolotu. Pozostawało jednak pytanie, czy żołnierze po wylądowaniu będą mieli czas, aby odnaleźć zasobniki, zidentyfikować je, rozpakować i przygotować się do wykonania zadania. A jeżeli będą musieli natychmiast podjąć walkę?
Postanowiono więc, że każdy spadochroniarz będzie wyskakiwał z samolotu z brezentowym pojemnikiem (tzw. LMG valise), zawierającym niezbędne wyposażenie. Brezentowe pasy pojemnika obejmowały szyję i kolana skoczka, który w prawej ręce trzymał klamrę zwalniającą zapięcia pasów. Kilkadziesiąt metrów nad ziemią szarpał za klamrę, powodując rozpięcie obydwu pasów, i zasobnik połączony sześciometrową linką z uprzężą spadochronu opadał tuż obok lądującego.
21 listopada 1940 r. grupa żołnierzy trenujących w Ringway została przemianowana na II Batalion Specjalnej Służby Powietrznej (II Special Air Service Battalion), w którym utworzono oddział spadochronowy oraz oddział szybowców.
O ile spadochronów starczyło dla wszystkich, o tyle na samoloty trzeba było trochę poczekać. Dowództwo złożyło zamówienie w dwóch zakładach lotniczych. General Aircraft Company opracowała szybowiec Hotspur Mk I, o rozpiętości 18 metrów, który mógł pomieścić 10 komandosów, i po udanych próbach wprowadzono do produkcji model Mkll o mniejszej rozpiętości skrzydeł (14 m).
Po kilku miesiącach szkolenia nastroje w oddziale SAS zaczęły się pogarszać. Wprawdzie co pewien czas organizowano pokazy sprawności dla delegacji z Londynu, ale nic nie wskazywało na to, że w najbliższym okresie żołnierze zostaną skierowani do walki. Wielu zniechęconych złożyło podania o zgodę na powrót do rodzimych jednostek. Premier Churchill też niecierpliwie oczekiwał na pierwsze dowody skuteczności jednostki, która powstała z jego inspiracji.
Zapewne głównie z tych powodów dowództwo zdecydowało się przystąpić do realizacji pierwszego bojowego zadania o charakterze sabotażowym. Jako cel ataku wybrano akwedukt Tragino we Włoszech. Zniszczenie tego obiektu mogłoby na pewien czas przerwać dostawy wody do południowej części kraju. Taki był oficjalny cel operacji, którą opatrzono kryptonimem “Colossus”. W rzeczywistości chodziło o sprawdzenie przydatności wyszkolonych spadochroniarzy i możliwości organizowania większych akcji dywersyjnych na tyłach wroga.
Był dżdżysty styczniowy poranek 1941 r., gdy komandosi ustawili się w szeregu na placu apelowym. Zaskoczyło ich nagle wezwanie na zbiórkę, ale nie spodziewali się żadnych rewelacji, co najwyżej informacji o nowych ćwiczeniach.
Po kilku minutach z budynku dowództwa wyszedł podpułkownik Jackson i niespiesznie skierował się w stronę niewielkiej trybunki.
- Wiem, że rwiecie się do walki! - powitał żołnierzy. Odpowiedział mu pomruk potwierdzenia.
- Nadszedł czas, aby spełnić to marzenie. Wzywam ochotników do wykonania rajdu na głębokim zapleczu wroga... - Pułkownik zawiesił głos i spojrzał z góry na żołnierzy, którzy, jak na komendę, wystąpili o krok do przodu; zgłosili się wszyscy.
Do grupy nazwanej “Oddział X II SAS” wybrano 7 oficerów i 31 żołnierzy, których wyniki szkolenia dawały gwarancję, że potrafią sprawnie przeprowadzić pierwszą akcję.
Przygotowano się do niej bardzo starannie. Na podstawie analizy zdjęć lotniczych na poligonie w Tatton Park w Ringway wybudowano dokładną kopię odcinka akweduktu i makietę terenu, w którym mieli poruszać się komandosi. Mogli poznać najsłabsze miejsca konstrukcji i nauczyć się instalowania ładunków wybuchowych.
Nocą 7 lutego 1941 r. z lotniska Mildenhall w Suffolku wystartowało 6 bombowców Whitley z 91. dywizjonu RAF, na których pokładach było 38 komandosów. Polecieli na Maltę. W tym samym czasie do ujścia rzeki Sele dotarł okręt podwodny Triumph, który miał oczekiwać na powrót komandosów, aby bezpiecznie ewakuować ich z wrogiego terenu. Innej możliwości powrotu do Anglii nie przewidziano, o czym dowódca okrętu wiedział.
10 lutego bombowce z komandosami wystartowały z Malty i skierowały się do Włoch. Późnym wieczorem znalazły się nad rejonem Tragino i rozpoczęły zrzuty spadochroniarzy i zaopatrzenia. Niestety nawigator pierwszego samolotu zmylił kurs i grupa saperów wylądowała zbyt daleko od wyznaczonego miejsca, aby dotrzeć na zbiórkę oddziału. Dowódca akcji major T. Protchard musiał zdecydować, czy pozostali żołnierze zdołają przeprowadzić atak. Mieli ze sobą 450 kilogramów ładunków wybuchowych, co powinno wystarczyć do wysadzenia rurociągu. O godzinie 00.30 laski dynamitu umocowano na przęsłach akweduktu, a parę ładunków podłożono pod słupy pobliskiego drewnianego mostu.
O godzinie 00.45 obydwa obiekty wyleciały w powietrze.
Zadanie zostało wykonane, ale rozpoczęła się część akcji znacznie trudniejsza niż wysadzenie nie bronionego obiektu; komandosi musieli przemierzyć 80 kilometrów nieprzyjaznego terenu i dotrzeć do ujścia Sele, gdzie miał oczekiwać okręt podwodny. Podzielili się na trzy grupy i rozpoczęli marsz, który przewidziano na 4 doby. Żadna z grup nie dotarła do wyznaczonego miejsca. Wszyscy żołnierze zostali schwytani przez policję i wojsko, zaalarmowane przez okoliczną ludność. Podobny los spotkał grupę saperów, którzy uznali, że nie warto mozolnie przedzierać się przez górzysty teren i w pierwszej napotkanej wsi zgłosili się do wójta, żądając udostępnienia środków transportu. Wójt zdołał zawiadomić pobliski oddział wojska, który otoczył i rozbroił nierozważnych saperów.
Komandosi i tak nie uniknęliby włoskiej niewoli, gdyż okręt podwodny oczekujący u ujścia Sele musiał przedwcześnie odpłynąć. Na brzegu rozbił się samolot i dowódca oczekującego Triumpha - obawiając się, że na miejsce wypadku lada moment przybędzie wojsko - zdecydował się ujść w morze, pozostawiając spadochroniarzy własnemu losowi.
Znaczenie militarne działań 38 żołnierzy było nieznaczne, ale wiadomość o akcji na tyłach wroga wzmocniła morale spadochroniarzy z Ringway oraz społeczeństwa brytyjskiego przytłoczonego wiadomościami o katastrofalnej sytuacji na froncie.





Artykuł jest z Twoja-Strona.Net
http://twoja-strona.net/html

Adres tego artykułu to:
http://twoja-strona.net/html/Biblioteka_Art376.html