
Temat: Śmierć Marszałka - Rozdział 30
Data: 2005-12-16 o godz. 21:35:53 Autor: Bogusław Wołoszańsi
Tytuł: "Śmierć Marszałka"
Autor: Bogusław Wołoszański
Rozdział: Pierwszy Komandos Jego Królewskiej Mości
Podpułkownik Dudley Clarke zbiegł po schodach prowadzących do wyjścia z Ministerstwa Wojny. Zatrzymał się na dziedzińcu zastanawiając się, w którą stronę iść. Z reguły kierował się do Westminster Bridge, aby tam wsiąść do metra. Mieszkał na pograniczu bogatej dzielnicy Hamsted, oddalonej od miejsca jego pracy o dobrą godzinę marszu, ale tym razem postanowił skorzystać z możliwości spaceru.
Ostatnie dni spędzał w ogromnym napięciu. Z Francji ewakuowano jednostki Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego i wojsk francuskich, a Clarke - jako asystent generała Johna Dilla, szefa Imperialnego Sztabu Generalnego - był bezpośrednio zaangażowany w koordynowanie tej wielkiej akcji o kryptonimie “Dynamo”. Tego dnia, 4 czerwca, o godzinie 14.23 ewakuacja spod Dunkierki oficjalnie się zakończyła.
Ponad 380 tysięcy żołnierzy dotarło do brytyjskich portów, ale na francuskim brzegu pozostał cały ciężki sprzęt: działa, 63 tysiące samochodów, czołgi, pół miliona ton paliwa, amunicja, medykamenty. Była to poważna strata dla Brytanii, całkowicie nie przygotowanej do prowadzenia wojny, a wszystko wskazywało na to, że Niemcy nie zatrzymają się nad brzegiem kanału La Manche, lecz zechcą dokonać inwazji na Anglię.
Clarke skręcił na Trafalgar Square i skierował się do góry, w stronę kościoła St. Martin. Przez ostatnie dni rzadko opuszczał gabinet i był przekonany, że Londyn opanowała atmosfera wojenna. Tymczasem ze zdziwieniem spostrzegł, że na ulicach życie biegło normalnym trybem, a jedyną oznaką zagrożenia były torby masek gazowych, noszone przez przechodniów. Jednakże dawała się odczuć atmosfera przygnębienia. Klęska wojsk Francji, najbliższego sojusznika na kontynencie, uświadamiała Brytyjczykom, jaką potęgą jest Wehrmacht.
Społeczeństwo, które stawało wobec największego w swojej historii zagrożenia, musiało zebrać siły, umocnić się w przekonaniu, że potrafi zwyciężyć.
Premier Winston Churchill mówił w parlamencie: “Wszystko, co mogę wam dać to krew, pot, łzy i trud”. Anglicy skłonni byli podejmować takie wyzwania, ale potrzebowali przy tym odrobiny nadziei, przypomnienia swej potęgi. Jednakże potęga należała do przeszłości... Wojska lądowe były nieliczne i za słabo uzbrojone, aby mogły stawić czoło Wehrmachtowi. Królewskie Siły Powietrzne miały za mało samolotów, by powstrzymać Luftwaffe. Jedynie Royal Navy była wystarczająco potężna, by pokonać wroga, ale Niemcy, wiedząc o tym, nie kwapili się do walnej bitwy morskiej. Wysyłali jedynie okręty podwodne, które wyrządzały Anglikom coraz większe straty.
Clarke pamiętał swą służbę w Palestynie, gdzie brytyjskie wojska usiłowały utrzymać w ryzach i Palestyńczyków, i Żydów. Mimo zdecydowanej przewagi ponosiły dotkliwe straty zadawane przez niewielkie oddziały wyposażone w zdobyczną broń i prawie w ogóle nie wyszkolone, ale działające z determinacją, a nawet fanatyzmem.
Dlaczego więc nie wykorzystać tego przykładu i nie rzucić przeciwko Niemcom niewielkich jednostek uderzających w najczulsze punkty dniem i nocą? Niemcy nie mogli przecież upilnować wszystkich granic Rzeszy, granic, które po ostatnich podbojach rozciągnęły się na wiele tysięcy kilometrów. Co więcej, dywersanci dobijający do brzegów Francji w niewielkich grupach mogliby liczyć na pomoc ludności z okupowanych terenów i współpracować z miejscowymi oddziałami ruchu oporu, a to bardzo ułatwiłoby zadanie.
W Wielkiej Brytanii nie było jednak żołnierzy, którzy potrafiliby przebyć kanał i zaatakować niemieckie stanowiska. Jedynie Royal Marines byli szkoleni w tym celu, lecz wobec groźby niemieckiej inwazji skierowano ich do obsługi dział na pokładach okrętów strzegących i pilnowania rodzimych brzegów. Należało stworzyć dopiero specjalne jednostki.
Clarke dotarł do domu około godziny 18.00 i usiadł do pisania memorandum dla swego szefa. Przedstawił w nim ideę zorganizowania jednostek komandosów.
6 czerwca Clarka wezwał generał John Dill.
- Twój projekt spodobał się Churchillowi - powiedział, gdy tylko podpułkownik zameldował się w jego gabinecie.
- Bardzo się cieszę, sir.
- Twoim zadaniem będzie zorganizowanie takich jednostek i przygotowanie operacji na francuskim brzegu. Liczę, że nastąpi to wkrótce, choć rozumiem skalę trudności. Dzisiaj wyślę rozkaz do dowódców z Home Command, aby zebrali ochotników. Proszę przygotować wskazówki, którymi powinni się kierować przy wyborze kandydatów.
Ochotnicy powinni być przygotowani do dłuższej służby, cięższej pracy i krótszego odpoczynku niż rekruci innych rodzajów sił zbrojnych Jego Królewskiej Mości. Będą szkoleni do prowadzenia zwiadu, przebywania przez dłuższy czas w terenie, niewidocznego poruszania się w dzień i w nocy, podkradania się do nieprzyjaciela i donoszenia o jego działaniach - pisał Clarke *.[ Dalsze losy podpułkownika Clarke’a w rozdziale pt: “Pojedynek na pustyni”.]
Taka perspektywa bardzo przypadła do gustu kapitanowi Durnfordowi Slaterowi z 23. pułku Royal Artillery w Plymouth. Zaraz po zapoznaniu się z pismem Clarke’a pobiegł do dowódcy.
- To jest dokładnie to, co chciałbym robić - oświadczył. - Czy zwolni mnie pan ze służby w swoim pułku?
Pułkownik spojrzał na niego z niechęcią. Nie mógł zabronić kapitanowi odejścia do oddziału komandosów, a jednocześnie nie miał zamiaru pozbywać się najlepszego oficera w jednostce.
- Napiszcie pismo w tej sprawie - powiedział po namyśle. Uważał, że gra na zwłokę przynosi dobre rezultaty w każdej sytuacji. - Rozpatrzę je i dam wam odpowiedź.
Slater nie miał jednak zamiaru czekać. Uznał, że wyczerpał drogę służbową - jak to określał regulamin - i szybko dotarł do podpułkownika Clarke’a. Ten wysłał list do dowódcy 23. pułku Royal Artillery:
Kapitan J.F. Durnford Slater, RA, wyznaczony został do zorganizowania i dowodzenia No 3 Commando w stopniu podpułkownika. Proszę udzielić mu wszelkiej pomocy i jak najszybciej zwolnić [z dotychczasowych obowiązków - B W].
W ten sposób kapitan J.F. Durnford Slater został pierwszym brytyjskim komandosem II wojny światowej i rozpoczął podróż po garnizonach południowej Anglii, poszukując oficerów do swojego oddziału. Uporał się z tym zadaniem szybko i już 5 lipca jego oddział przemaszerował ulicami Plymouth.
|
|