
Temat: Żywioł w wielkim mieście
Data: 2005-12-13 o godz. 21:18:22 Autor: Kazimierz Pytko (Focus.pl)
Powódź w Nowym Orleanie przypomniała, że nie tylko nadmorskie kurorty i bezbronne wioski mogą zostać unicestwione przez siły natury.
Była godzina 5.12, środa 18 kwietnia 1906 roku. San Francisco jeszcze spało. Nieliczni przechodnie, którzy o tak wczesnej porze znaleźli się na ulicach, zamarli z przerażenia, gdy jezdnie i chodniki nagle zaczęły falować. Wracający z nocnych imprez przecierali oczy, nie wiedząc, czy to oni tracą równowagę, czy grunt rzeczywiście usuwa się im spod nóg.
Chwilę później zachwiały się domy, na ulice runęły tysiące ton cegieł i szkła. Po 20 sekundach wstrząsy ustały, ale tylko na moment.
Wyrwani ze snu ludzie zdążyli zerwać się z łóżek i natychmiast zostali powaleni na podłogę. Przez miasto przechodziły kolejne fale sejsmiczne - trwało to zaledwie 45 sekund, lecz tym, którzy przeżyli kataklizm, wydawało się, że całą wieczność.
Nikt nie był w stanie ocenić skali zniszczeń. Wszystko przesłaniały chmury pyłu unoszące się znad ruin. Był to jednak dopiero początek dramatu. W kilku punktach miasta wybuchły pożary. Komuś przewróciła się kuchenka, ktoś akurat zapalał gaz lub papierosa. W normalnych warunkach straż pożarna zjawiłaby się natychmiast i ogień zostałby ugaszony w zarodku. Falowanie ulic nie było jednak złudzeniem. Gdy ziemia zastygła, większość tras okazała się nieprzejezdna, część pokrywał gruz, na innych utworzyły się metrowe garby. Jednocześnie od morza zaczęła wiać silna bryza, która przenosiła płomienie na następne budynki.
Ratownicy w końcu przebili się do najbardziej zagrożonych miejsc, ale jedyne, co mogli zrobić, to wyciągać ludzi z palących się ruin. Gaszenie ognia okazało się niemożliwe, gdyż trzęsienie ziemi zniszczyło sieć wodociągową. Próbowano pompować wodę ze ścieków kanalizacyjnych, było jej jednak zbyt mało, a miasto szybko spowił straszliwy fetor. Lekarze ostrzegali przed epidemią.
W tej sytuacji władze zadecydowały, by działać tak, jak w czasie pożaru lasu, gdy wykonuje się przecinki mające zapobiegać przerzucaniu się ognia - i nakazały wyburzanie całych ulic. Przyciągało to szabrowników, więc ogłoszono stan wyjątkowy, wojsko i gwardia narodowa otrzymały rozkaz strzelania do rabusiów. Dodatkowe zagrożenie stwarzała pozrywana sieć energetyczna, wszędzie walały się sypiące iskrami przewody. Kilkadziesiąt osób zginęło z powodu porażenia prądem.
Ogień szalał przez trzy dni. Gdy wreszcie zdołano go opanować, bilans ofiar śmiertelnych wzrósł do 3 tysięcy. Runęło 28 tysięcy domów, około 250 tysięcy ludzi straciło dach nad głową.
Trzęsienie ziemi, które nawiedziło San Francisco 18 kwietnia 1906 roku, było najtragiczniejsze w historii USA. Sejsmolodzy już wtedy ostrzegali, że historia może się powtórzyć. Niemal cała Kalifornia leży w miejscu, w którym napierają na siebie dwie potężne płyty tektoniczne - Pacyficzna i Północnoamerykańska. Ten tzw. uskok San Andreas ciągnie się na przestrzeni tysiąca kilometrów i jest tykającą bombą zegarową. Gdy naprężenia wywołane naporem płyt stają się zbyt silne, nagromadzona energia musi znaleźć ujście.
Eksperci obliczyli, że śmiertelne zagrożenie pojawia się co 70-90 lat. Nie pomylili się.
17 października 1989 roku w San Francisco ziemia znów zadrżała. Na szczęście epicentrum trzęsienia znajdowało się 120 km od miasta, więc jego niszcząca siła była mniejsza. Pamiętając o ostrzeżeniach naukowców, zadbano także o zabezpieczenia.
Zbudowano system awaryjny pozwalający strażakom pobierać wodę bezpośrednio z oceanu. Wielopiętrowe domy stawiano na fundamentach przypominających amortyzujące "poduszki" ze stali, betonu i gumy, konstrukcje nośne projektowano w taki sposób, by były bardziej elastyczne. Dzięki temu nie runął żaden z wieżowców, ale mimo to straty okazały się ogromne - ich wysokość oszacowano na 6 miliardów dolarów. Zginęły 63 osoby, ponad 4000 odniosło obrażenia.
Nie ma sposobu, by przewidzieć wszystkie zagrożenia. W dzielnicy nadmorskiej niskie budynki zapadły się w sypkim podłożu, okna mieszkań z drugiego piętra znalazły się raptem na poziomie ulicy. Jeśli konstrukcja wytrzymała wstrząs, ludzie przeżyli, jeśli nie - mieszkańcy parteru zostali przygniecieni. W sąsiednim Oakland wyższy poziom dwukondygnacyjnej autostrady spadł na jadące niżej samochody, ratownicy opowiadali, że niektóre auta po sprasowaniu miały wysokość 30 cm. Los kierowców był przesądzony.
Niebezpieczeństwo czyhało wszędzie. Kilka osób doznało obrażeń, gdy z ogromną siłą wypadły na nie produkty z akurat otwieranych lodówek, inne zostały dotkliwie poparzone kawą z ekspresu.
Pięć lat po San Francisco zatrzęsła się ziemia w drugiej kalifornijskiej metropolii - Los Angeles. Przebieg i skutki kataklizmu były podobne, miasto dzięki nowoczesnym technikom budowlanym ocalało, ale zginęło 60 osób, 15 tysięcy straciło dach nad głową. Najbardziej niebezpiecznymi miejscami okazały się mosty i wiadukty, runęła m.in. estakada na jednej z najruchliwszych dróg Ameryki - autostradzie łączącej Los Angeles z San Francisco.
Tsunami w Europie
Kataklizmy spadają na wielkie miasta niespodziewanie, co gorsza, bywają tak zdradzieckie, że można by oskarżyć naturę o działanie z premedytacją. 1 listopada 1755 roku, w dniu Wszystkich Świętych, zadrżała ziemia w Lizbonie.
Było to najtragiczniejsze trzęsienie w historii Europy. Runęły tysiące kamienic, setki kościołów i pałaców. Katedra, w której odbywało się nabożeństwo, stała się grobem 4 tys. ludzi. Gdy wstrząsy ustały, zszokowany tłum wyległ na ulice. Atmosferę grozy spotęgowała ciemność, tumany pyłu przesłoniły słońce. Jedni próbowali odgrzebywać bliskich uwięzionych w gruzach, inni uciekali nad brzeg morza, w niemym przerażeniu omijając 4-metrowe, bezdenne szczeliny, które poprzecinały miasto.
Dwie godziny po pierwszym wstrząsie ziemia zadrżała ponownie. Ich siła była jeszcze większa, tyle że epicentrum znajdowało się na Atlantyku.
Ludzie - przekonani, że na plaży są bezpieczni - nie ruszyli się z miejsca. Kilka minut później spadła na nich 10-metrowa fala tsunami.
Jeśli ktoś znajdował się w odległości mniejszej niż 200 metrów od linii brzegowej, nie miał żadnych szans na przeżycie. Po południu Lizbona była podzielona na dwie części, od strony morza tonęła, od strony lądu - płonęła. Żywioł pochłonął 60 tys. ludzkich istnień, z 20 tysięcy domów ocalały zaledwie 3 tys. Dzieła zniszczenia dopełniały bandy kryminalistów, którzy uciekli z porozbijanych więzień. Rząd wprowadził stan wyjątkowy, wokół miasta stanęły szpalery szubienic, na których w trybie doraźnym wieszano szabrowników.
W roku 1908 los Lizbony podzieliła sycylijska Messyna. Tu również wstrząsy wywołały tsunami, a 15-metrowa fala, która uderzyła przed świtem, porwała co trzeciego ze 150 tys. jej mieszkańców. Woda zniszczyła zapasy żywności, a wszystkie drogi dojazdowe zostały zasypane, pojawiło się kolejne zagrożenie, wobec którego miasta są zupełnie bezradne - głód. Zanim nadeszła pomoc z zewnątrz, ludzie walczyli o resztki żywności, słabsi ginęli lub umierali z wycieńczenia. Łączny bilans kataklizmu przekroczył 80 tys. ofiar śmiertelnych, Messyna nigdy nie odzyskała dawnej świetności, przez wiele lat Włosi nazywali ją Martwym Miastem.
Niebezpieczeństwo czai się wszędzie
Postęp techniki pozwala lepiej chronić metropolie przed kataklizmami, ale stwarza nowe zagrożenia.
14 kwietnia 1947 r. dokerzy w Texas City kończyli załadunek saletry amonowej na francuski statek Grandcamp. Nagle nastąpiła eksplozja. Siła wybuchu była tak potężna, że słyszano go w odległości 150 km. W powietrze wzbiła się chmura trującego chloru i związków azotu. Wybuch zabił 45 strażaków, co opóźniło akcję ratunkową. Posiłki ściągano z całych Stanów, w szpitalach zabrakło plazmy dla setek poparzonych. Z powodu obrażeń, poparzeń i zatruć zginęły 522 osoby, ponad 3 tys. zostało ciężko rannych.
Jeszcze bardziej tragiczny był bilans katastrofy przemysłowej w milionowym mieście Bhopal w Indiach. W nocy z 3 na 4 grudnia 1984 r. jego mieszkańcy budzili się półżywi, wymiotowali, czuli palenie w gardle i oczach. Przyczyną nieszczęścia był wyciek z podziemnego zbiornika w fabryce pestycydów koncernu Union Carbide. Zginęło 2 tysiące ludzi.
Sparaliżować współczesne metropolie mogą już nie tylko ogień, woda, drżąca ziemia czy wybuchające fabryki. Czasem wystarczy cicha awaria. Taka, do jakiej 14 sierpnia 2003 r. doszło w Ameryce.
Z powodu przeciążenia linii energetycznych w Nowym Jorku, Detroit, Cleveland, Toronto i kilku innych miastach zabrakło prądu. Wcześniej byłby to pozbawiony większego znaczenia epizod, dziś - katastrofa, która obnażyła bezbronność człowieka wobec nowych zagrożeń. W Nowym Jorku przestały działać metro, telefony, klimatyzacja. Tysiące przerażonych ludzi utknęły w windach, zakorkowały się ulice. Zabrakło wody. W wesołym miasteczku grupa dzieci przez pół godziny wisiała głową w dół w unieruchomionych wagonikach rollercoastera. W luksusowych hotelach zablokowały się elektroniczne zamki i goście musieli nocować na korytarzach. Nie można było podjąć gotówki z nieczynnych bankomatów. W sklepach nie działały kasy fiskalne i tylko od dobrej woli sprzedawców zależało, czy obsłużą klientów.
Na szczęście po 24 godzinach usunięto awarię i światła wielkich miast rozbłysły na nowo. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby zgasły na dłużej.
|
|