
Temat: Śmierć Marszałka - Rozdział 25
Data: 2005-09-26 o godz. 07:22:37 Autor: Bogusław Wołoszańsi
Tytuł: "Śmierć Marszałka"
Autor: Bogusław Wołoszański
Rozdział: “Kondor” Wzywa
- Stój! - patrol brytyjski niespodziewanie wynurzył się z ciemnego zaułka. Eppler obejrzał się nerwowo, ale długa, wąska uliczka nie stwarzała szans ucieczki przed czterema żołnierzami, mierzącymi z karabinów. Pozostawało tylko wierzyć, że Brytyjczycy nie dopatrzą się niczego podejrzanego w sfałszowanych dokumentach.
- O, przestraszył nas pan, kapralu - usiłował rozładować napięcie towarzysz Epplera, Peter Monkaster. - Nie sądziłem, że w takiej dziurze jak Assyut może być wojsko...
- Dokumenty! - kapral nie miał ochoty na rozmowę. - Dokąd zmierzacie?
- Do Kairu, podpisaliśmy kontrakt z koncernem BP - pośpiesznie wyjaśnił Eppler, którego belgijski dowód, na nazwisko Richard Tihon, kapral uważnie przeglądał.
- Pojutrze zaczynamy pracę - dodał Monkaster. Jego dokumenty wskazywały, że jest Francuzem.
Kapral nie znalazł w nich nic podejrzanego. Oddał papiery, zasalutował i zaczął oddalać się z żołnierzami wąską uliczką.
- O co chodziło? - zapytał Eppler, gdy przemierzyli już dobry kawał drogi.
- Nie sądzę, żeby za tym się coś kryło. Po prostu rutynowa kontrola - uspokoił go Monkaster.
Od trzech tygodni podróżowali przez pustynię. Wyruszyli z oazy Gialo 11 maja 1942 r. Początkowo jechali, w mundurach żołnierzy brytyjskich, terenowym samochodem, eskortowani przez podobnie umundurowanych żołnierzy Afrika Korps. Ich przewodnikiem był węgierski książę Ladislaus de Almaszy, który od wielu lat poszukiwał na pustyni legendarnej oazy Zerazura. Znał doskonale drogi do Kairu i on to doprowadził ich do Assyut. Tam eskorta zawróciła. Monkaster i Eppler założyli cywilne ubrania i skierowali się na dworzec, skąd pociągiem mieli dotrzeć do Kairu. Rozpoczynała się ich wielka misja.
Johan Eppler urodził się w 1914 r. w Aleksandrii. Jego rodzice byli Niemcami i dlatego on również czuł się Niemcem, chociaż po śmierci jego ojca matka wyszła ponownie za mąż za bogatego prawnika egipskiego i przeszła na mahometanizm, skłaniając do tego i syna. Tuż przed wybuchem wojny młody Eppler poznał w Bejrucie prostytutkę Su Yan, która namówiła go do współpracy z Abwehrą. Służbę dla niemieckiego wywiadu uznał za obowiązek wobec ojczyzny rodziców. Wyjechał do Berlina, gdzie przeszedł staranne przeszkolenie w ośrodku Abwehry. Tam nadano mu pseudonim “Kondor”. W kwietniu 1942 r. przypłynął do Trypolisu, mając w bagażach dwie amerykańskie radiostacje Hallicrafter, 50 tysięcy fałszywych funtów szterlingów w banknotach pięcio- i jednofuntowych oraz książkę “Rebecca”.
W Trypolisie poznał Petera Monkastera - wysokiego blondyna, który od kilkunastu lat pracował w wieżach wiertniczych różnych kompanii naftowych w Libii. Eppler nie pytał go, w jaki sposób nawiązał współpracę z Abwehrą, ale szybko się zorientował, że Monkaster nie przeszedł szkolenia w Berlinie. Musiał go nauczyć posługiwania się szyfrem “Rebecca”. Praca nad utajnieniem tekstu rozpoczynała się od dodawania do przyznanego agentowi numeru osobistego, np. 46, numeru miesiąca i dnia miesiąca. I tak, wysyłając szyfrogram 4 czerwca, musieli do 46 dodać 4 (dzień) i 6 (czerwiec) otrzymując w ten sposób sumę 56. Ta liczba wskazywała stronicę książki, która była kluczem do szyfru. Eppler zaczynał szyfrować, wybierając pierwsze litery z pierwszej linii tekstu ze strony 56. Brzmiały one: “He would like...” Teraz literom tym musiał przyporządkować cyfry od l do 9:
He would like
12 34567 89
Szyfrogram rozpoczynał się więc od słów:
OYLXZ HUPOU WLDBF HELRR
4 6 15 45 367 128
co oznaczało: 4 (dzień miesiąca) 6 (czerwca) 15:45 (godzina nadania szyfrogramu) 367 (numer agenta) 128 (słów w depeszy). Pozostałe litery oznaczały zera i były dobierane z liter nie występujących w pierwszych słowach pierwszej linii wybranej stronicy. Po tym rozpoczynał się właściwy tekst depeszy, składający się ze 128 słów. “Kondor” szyfrował je, używając tabeli tworzonej z pierwszych liter 21 wierszy ze stronicy 56, z pominięciem akapitów. Każdą tak wybraną literę zastępował odpowiednią cyfrą z tabeli.
Pierwszy szyfrogram nadał 4 czerwca, gdy bezpiecznie dotarli do Kairu i zamieszkali na przedmieściu. Eppler zaczął natychmiast poszukiwać starych znajomych. Według zasad przyswojonych w czasie szkolenia w Niemczech, rozglądał się za ludźmi zajmującymi ważne stanowiska w armii lub władzach administracyjnych, wrogo nastawionymi do Brytyjczyków oraz takimi, którzy z racji zawodu stykali się z Brytyjczykami. Wszystkie te warunki spełniała tancerka Hekmeth Fahmy, którą Eppler poznał przed wojną w kabarecie “Kit Kat” i którą każdego wieczoru obdarowywał złotymi błyskotkami lub gotówką. Był przekonany, że Hekmeth pamięta go doskonale. Nie pomylił się. Gdy po zakończonym tańcu zbierała pieniądze za występ, zbliżyła się do niego i szepnęła:
- Miło cię znowu widzieć. Dzisiaj nie mogę się z tobą spotkać, ale przyjdź jutro tam, gdzie dawniej.
Wsunął jej za stanik kilka pięciofuntowych banknotów, co było królewskim wynagrodzeniem. Uznał, że zapowiedź wznowienia kontaktów z piękną Fahmy jest dobrym początkiem misji w Kairze. Nie zamierzał jednak czekać do następnego dnia. Zastanawiało go, dlaczego nie miała czasu tego wieczoru. Po wyjściu z kabaretu wsiadł do taksówki i kazał się zawieźć do Zamalek, gdzie na Nilu cumowała mieszkalna łódź Hekmeth.
Nie czekał długo. Wkrótce na nabrzeżu zatrzymał się samochód z brytyjską rejestracją wojskową. Kierowca przez kilka minut niezbyt wprawnie manewrował, by ustawić wóz przy krawężniku. Wreszcie wysiadł i w świetle ulicznych latarni Eppler dostrzegł wysokiego mężczyznę w płaszczu. Bez wątpienia był to oficer, co zdradzały wysokie, błyszczące buty i bryczesy. Mężczyzna szybko wszedł na łódź i otworzył drzwi do kabiny kluczem, który wyjął z kieszeni płaszcza. Po kilkunastu minutach przyjechała Hekmeth. Eppler nie czekał dłużej.
Wiedział, że jutrzejsze spotkanie z tancerką będzie bardzo ważne. Nie pomylił się. Hekmeth zaczęła wspominać dawne lata, zapewniając Epplera, że pozostał jej płomienną miłością. Przerwał jej:
- Kim był oficer, który przyjechał do ciebie wczoraj wieczorem?
- Jesteś zazdrosny?
- Nie, po prostu ostrożny - Eppler podniósł się z łóżka i podszedł do marynarki rzuconej na krzesło. Wydobył z niej rewolwer. - Poza tym bardzo interesują mnie brytyjscy oficerowie...
Odwiódł kurek i zbliżył lufę rewolweru do twarzy Hekmeth.
- Wiesz, co zrobią ze mną Anglicy, gdy powiesz im, że jestem niemieckim agentem? - Nie czekał na odpowiedź. - Oni są dżentelmenami tylko w powieściach Agaty Christie i to tylko dlatego, że staruszka zapomniała wspomnieć, jak ci emerytowani pułkownicy patroszyli Hindusów w czasie służby w kolonii...
- Przestań! - Hekmeth poderwała się z łóżka i odtrąciła rewolwer. - Nie musisz mnie straszyć. Nienawidzę Anglików tak samo jak ty!
- Kim jest więc major, który tu był wczoraj?
- Nie znam jego prawdziwego nazwiska. Służy w Sztabie Generalnym. Wiem, że podczas ofensywy angielskiej w listopadzie był razem z generałem Auchinleckiem. Mogę ci powiedzieć więcej! Jego teczka zawiera czasami bardzo ciekawe dokumenty.
- Skąd wiesz? - Eppler opuścił rewolwer. Nagle zrozumiał, że to wymachiwanie bronią przed nosem nagiej dziewczyny było w stylu kapitana Bohma, który uczył szpiegów cichego zabijania i godzinami rozprawiał o swoich doświadczeniach.
- Walkę z Anglikami zaczęłam znacznie wcześniej niż ty - powiedziała dumnie Hekmeth i uznała, że nagość nie przystoi tym słowom, wiec szybko okryła się prześcieradłem. - To, co wyczytałam z dokumentów mojego majora, przekazywałam ludziom z organizacji Wolnych Oficerów.
- Teczka nie była zamknięta?
- Była, na małą kłódkę, ale dorobiłam kluczyk.
- Zależy mi na kontakcie z ludźmi, którym przekazywałaś informacje - powiedział Eppler spostrzegając, że ciągle jeszcze trzyma odbezpieczony rewolwer. Odłożył go na podłogę uznając, że dalsza rozmowa nie ma sensu. W czasie tego spotkania wydobył z Hekmeth więcej, niż się spodziewał. Nad ranem wskazała mu łódź zacumowaną kilkadziesiąt metrów dalej, którą mógł wynająć i urządzić tam sobie wygodną siedzibę. Zaproponowała również, że zaprowadzi go do protestanckiego księdza, Austriaka, u którego będzie mógł ukryć radiostację i najważniejsze papiery.
Trzy dni po tym spotkaniu Hekmeth powiadomiła go, że ma się udać do dentysty, u którego spotka postawnego, szpakowatego Egipcjanina. W niewielkiej, brudnej poczekalni, gdzie jedynymi sprzętami było kilka stołków i leniwie kręcący się u sufitu wentylator, siedział samotnie mężczyzna czytający jakąś angielską gazetę. Eppler usiadł obok niego:
- Nazywam się Richard Tihon - powiedział cicho. - Jak się domyślam, Hekmeth powiedziała panu, że będę tutaj...
Patrzył badawczo na starszego mężczyznę. Według informacji, które przekazała Hekmeth, był to szef sztabu armii egipskiej, który, ze względu na otwartą wrogość wobec Anglików, został zwolniony ze stanowiska.
- Tak, jestem generał Aziz-el-Masri - mężczyzna odłożył gazetę i wyciągnął rękę. - Tutaj nie musimy się obawiać podsłuchu. Hekmeth powiedziała mi wszystko o panu, a ja postarałem się sprawdzić jej informacje. Wszystko się zgadza. Co pan oferuje?
- Zapewne słyszał pan o sukcesach wojsk generała Rommla? W niedługim czasie nasze dywizje wjadą do Aleksandrii i Kairu. Pomoc Egipcjan, którzy gotowi są zrzucić angielską niewolę, zostałaby w pełni doceniona przez generała Rommla, a zapewne również fuhrera. Mogę ustanowić kontakty między panem i generałem Rommlem. Nie jestem upoważniony do zaciągania zobowiązań.
- To niepotrzebne. Nie oczekuję zobowiązań, gdyż historia dowodzi, że wy, Niemcy, nie zwykliście ich dotrzymywać. To nam jest potrzebna wasza pomoc. Dlatego zostawmy tę sprawę i zastanówmy się nad wspólnym działaniem przeciw wspólnemu wrogowi...
- Uderzenie wojsk Rommla na Egipt powinno być wsparte ogólnonarodowym powstaniem Egipcjan - Eppler wyrecytował jedną z instrukcji, którą przekazano mu w sztabie Rommla przed rozpoczęciem misji. - Naszym zadaniem byłaby jak najdalej idąca pomoc dla tych działań...
- Nie potrzebujemy broni ani zachęty. Natomiast skoordynowanie działań mogłoby pomóc naszej sprawie - rzekł generał. - Te problemy będziemy omawiać wkrótce. Spotka pan bardzo ważnego człowieka. A teraz odstąpię panu kolejkę do doktora i niech pan się nie obawia, to bardzo dobry dentysta... - dodał generał widząc, że Eppler szykuje się do wyjścia.
Po kilku dniach Eppler trafił do szejka Hassana-el-Banna, przywódcy Bractwa Muzułmańskiego, fanatycznie oddanego religii i cieszącego się ogromnym autorytetem wśród współwyznawców. Każdego ranka obchodził okoliczne domy, wzywając ludzi do modlitwy, pisał patriotyczne poematy i prześladował kobiety nie zakrywające twarzy. Tworzył plany świętej wojny. Poparcie ze strony szejka oznaczało bardzo wiele - poparcie setek tysięcy fundamentalistów muzułmańskich, gotowych na skinienie przywódcy skoczyć do gardła Brytyjczykom.
Każdego dnia o północy Eppler siadał do radiostacji. Dwie stacje nasłuchowe - Seebohma i w Atenach - odbierały jego szyfrogramy, w których informował centrale o swoich sukcesach: spotkaniu z szejkiem Hassanem-el-Banna i omówieniu planów powstania po wkroczeniu wojsk niemieckich do Egiptu, o kontaktach z przedstawicielem wojskowej organizacji Wolnych Oficerów, Anwarem Sadatem. Te rozmowy Eppler relacjonował szczegółowo, gdyż Sadat, pochłonięty wizją niemieckiego zwycięstwa, poszukiwał w Kairze odpowiedniej kwatery dla generała Rommla i znalazł ją na ulicy Piramid w pobliżu hotelu Mena House.
Monkaster rzadko towarzyszył Epplerowi - pozostawał w odwodzie na wypadek aresztowania tamtego lub zdrady. Tylko wieczorami wyruszał z Epplerem, aby złożyć wizytę Hekmeth, gdy była ona zajęta majorem. Drzwi do kabiny sypialnej były dokładnie zamknięte, a major zostawiał teczkę i ubranie w niewielkiej kajucie, której bulaj był zawsze otwarty. Monkaster i Eppler nie musieli nawet wchodzić do środka. Wystarczało wsunąć w bulaj rękę i wyciągnąć teczkę zamkniętą na kłódkę; otwierali ją kluczem dostarczonym przez Hekmeth i starannie fotografowali wszystkie dokumenty. Znajdowali w nich wiele cennych informacji o rozmieszczeniu wojsk brytyjskich, transportach z amunicją i nowymi czołgami, zamiarach dowództwa i tak dalej.
Eppler znał wartość tych dokumentów. Czuł smak sukcesu. W krótkich seansach łączności radiowej nie otrzymał podziękowań ani obietnic zaszczytów po wkroczeniu Rommla do Kairu, ale w marzeniach widział moment, gdy staje przed Rommlem, a ten dekoruje go najwyższymi odznaczniami. A może nawet sam Hitler, który na pewno przyjedzie do Afryki, aby uświetnić wielkie zwycięstwo Rommla i... Epplera. Czuł się coraz ważniejszy i coraz bezpieczniejszy.
W połowie czerwca spotkał się z Anwarem Sadatem. Ten powiedział:
- Znam ostatnie doniesienia z frontu. Anglicy zostali zniszczeni i wycofują się w pośpiechu. Zbliża się czas naszego uderzenia.
Sadat i Eppler nie wiedzieli, że przygotowania do świętej wojny nie uszły uwagi Anglików. Kontrwywiad wzmocnił czujność.
Tego wieczoru Eppler postanowił zajrzeć do klubu “Turf”, gdzie często przesiadywali brytyjscy oficerowie. Kilku znał już z widzenia i chętnie przysłuchiwał się ich rozmowom. Z urywanych zdań, zwierzeń, plotek można było czasami zbudować ważną informację o nastrojach w brytyjskiej armii, zmianach personalnych, atmosferze w dowództwie. Zamówił szklankę whisky i siedział przez kilkanaście minut przy barze. W klubie tego wieczoru było pusto i doszedł do wniosku, że dalsze przebywanie tu jest stratą czasu. Wyciągnął pięciofuntowy banknot i wręczył barmanowi.
- Przepraszam, sir, czy nie ma pan egipskich funtów? - barman był wyraźnie niezadowolony, że klient płaci walutą brytyjską.
- Dlaczego ci się nie podobają brytyjskie pieniądze? Są złe?
- Nie o to chodzi, sir, wszystko w porządku - barman oddalił się szybko i po chwili przyniósł na tacy resztę.
Eppler odliczył napiwek i wyszedł z baru, zapominając szybko o proteście barmana, któremu nie chciało się wymieniać funtów brytyjskich na egipskie. Skierował się do klubu w hotelu “Metropolitan”, gdzie można było spotkać korespondentów wojennych. Rozmowy z nimi Eppler uważał za równie interesujące jak z brytyjskimi oficerami. Tym razem jednak nie miał zamiaru wdawać się w dyskusje, kto wygra tę wojnę. Podczas poprzedniego pobytu zauważył nową kelnerkę, Yvette. Przyglądał się jej uważnie i doszedł do wniosku, że pójście z nią do łóżka jest tylko sprawą ceny. Nie mylił się. Nad ranem wyciągnął portfel z kieszeni koszuli leżącej na krześle i zapłacił 20 funtów. Nie zwrócił uwagi, że dziewczyna bacznie przygląda się zwitkowi banknotów w jego portfelu. Popełnił drugi błąd...
Tego samego ranka Yvette zameldowała się u swojego przełożonego, szefa żydowskiej agencji wywiadowczej, blisko współpracującej z brytyjskim kontrwywiadem MI-5.
- Jestem przekonana, że jest niemieckim szpiegiem - relacjonowała spotkanie z Epplerem.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Odnoszę wrażenie, że mówi z obcym akcentem. Jest bardzo bogaty. Widziałam w jego kieszeni portfel wypchany banknotami - dziewczyna zataiła fakt, że Eppler zapłacił jej za noc z nim spędzoną.
- Musisz mu się baczniej przyjrzeć. To, że ma dużo pieniędzy, nie oznacza jeszcze, że jest szpiegiem - szef, którego nazywano “Toik”, zdawał sobie sprawę, że nie należy lekceważyć żadnego sygnału. Yvette nie miała dużego doświadczenia, ale jej dotychczasowe działania wskazywały, że jest bardzo bystra i ma intuicję. - Jeżeli twoje podejrzenia potwierdzą się, telefonuj natychmiast pod ten numer - napisał na kartce kilka cyfr. Gdy wyszła, rozważał jeszcze przez chwilę jej słowa i sięgnął po słuchawkę telefonu.
- Chciałbym rozmawiać z majorem - nie podał nazwiska, ale sekretarka szefa kontrwywiadu, majora Anthony’ego Sansoma, wiedziała, że nie należy zadawać zbędnych pytań ludziom, których głos słyszała w słuchawce telefonu stojącego w pewnym oddaleniu od innych aparatów. Numer tego telefonu znali tylko dobrzy znajomi szefa.
Telefonuję do pana, majorze, w sprawie, która może być ważna. “Toik” nie znosił wymieniać swojego nazwiska. Podwładni twierdzili, że ma ich tyle, iż nie pamięta, komu którym się przedstawiał. W rozmowach z Sansomem było to niepotrzebne, gdyż ten poznawał go doskonale po głosie.
- Gdzie się spotkamy?
- Jak zwykle - “Toik” odłożył słuchawkę. Nie lubił rozmawiać długo, gdyż rodziło się niebezpieczeństwo ustalenia, z jakiego numeru telefonuje.
Widywali się rzadko i bardzo dbali, aby nie spotykać się w tym samym miejscu. Pod koniec każdego spotkania ustalali, gdzie zobaczą się ponownie. Tym razem była to niewielka smażalnia ryb nad brzegiem Nilu.
“Toik” zapoznał majora z podejrzeniami Yvette. Sansom słuchał uważnie, przekonany coraz bardziej, że mężczyzna z portfelem wypchanym banknotami może być szpiegiem, którego poszukiwał. Kilka dni wcześniej przywieziono do Kairu dwóch jeńców, wziętych podczas szturmu na posterunek nasłuchowy kapitana Seebohma. Nadano im nazwiska “Aberle” i “Weber” - to dla tajności całej akcji - i przystąpiono do przesłuchań. Trzymali się dzielnie i nie pisnęli ani słowa o przeznaczeniu angielskiej książki, znalezionej w samochodzie dowódcy Fernmeldeaufklarung Kompanie.
Dokładne oględziny książki ujawniły, że na okładce wymazano gumką cenę - 50 eskudos. Książkę kupiono więc w Portugalii, a tam nie było dużo księgarni sprzedających angielskie wydawnictwa. Można było przypuszczać, że uda się ustalić, gdzie ją kupiono, a może nawet - kto ją kupił. Wkrótce ludzie z MI-6 w Lizbonie powiadomili Kair, że znaleźli księgarnię, w której 3 kwietnia 1942 r. asystent attache wojskowego ambasady niemieckiej zakupił sześć książek. Podejrzenia, że “Rebecca” była kluczem do szyfru, potwierdzały się.
- To, oczywiście, niewielkie poszlaki - “Toik” kończył opowieść o Epplerze - lecz pomyślałem, majorze, że pana to zainteresuje.
- Tak, jak najbardziej - skwapliwie przytaknął Sansom, po chwili zreflektował się. - Pracujemy nad czymś podobnym. Pana uwaga może być nam pomocna. Poinformuje mnie pan o nowych rewelacjach tej dziewczyny? No, jak jej na..
- Oczywiście, poinformuję pana - “Toik” przerwał dość naiwną próbę poznania imienia dziewczyny.
Tego samego dnia na nabrzeżu, przy którym cumowała łódka Epplera i Monkastera, pojawił się nowy żebrak. Każdego dnia przychodziło tam wielu nędzarzy przeszukujących kosze z odpadkami wyrzucanymi z łodzi, siedzących w kucki w cieniu muru magazynu lub wylotu wąskich uliczek, gdzie piekące słońce nie zaglądało nigdy. Nowy żebrak usadowił się w miejscu, z którego było doskonale widać łodzie Epplera i Hekmeth. Dokładnie notował w pamięci każdy ruch obserwowanych. Nie uszło jego uwagi, że wieczorami podjeżdżał na nabrzeże Zamalek samochód, z którego wysiadał brytyjski oficer...
Major Sansom już następnego dnia po rozmowie z “Toikiem” otrzymał nowe materiały. Zgłosił się do niego intendent i wyjął z teczki kilkadziesiąt banknotów pięciofuntowych.
- Są fałszywe - powiedział, rozkładając je równo na stole. - Zostały podrobione bardzo dobrze i dlatego należy podejrzewać, że pochodzą z państwowej wytwórni w Niemczech...
Major wziął jeden z banknotów do ręki.
- Skąd je pan ma? - przyglądał się uważnie, ale nie mógł dostrzec śladów fałszerstwa.
- Ten, który pan trzyma... - intendent zawiesił głos, przyjrzał się numerowi banknotu i sprawdził w swoich notatkach - został wypłacony barmanowi w “Turf Club” dwa dni temu przez brytyjskiego kapitana. Barman nie zna go bliżej.
- Wie pan, skąd pochodzą inne banknoty?
- Tak, 300 funtów przyniósł do mojego biura grecki kupiec. Otrzymał je od człowieka mieszkającego na łodzi...
- W Zamalek - przerwał mu Sansom.
- Zgadza się. Dwaj mężczyźni zapłacili za dużą ilość jedzenia i picia. Wygląda na to, że przygotowywali przyjęcie...
- Dziękuję panu - Sansom wstał. - To wszystko jest bardzo ważne.
Po wyjściu intendenta major nakazał, aby cały rejon, w którym mieszkali Eppler i Monkaster, został otoczony przez żandarmerię.
- Odpowiada pan za to, żeby ci ludzie nie zniknęli w gorącym powietrzu pustyni, poruczniku - zakończył rozkaz.
Tego samego ranka Yvette weszła na pokład łodzi Epplera. Zapukała do drzwi kabiny, ale nikt nie odpowiedział. Weszła do środka. Na korytarzu walały się puste butelki po alkoholu, wszędzie widać było ślady nocnej libacji. Eppler spał w swojej kabinie i próby obudzenia go nie powiodły się. Yvette usiadła przy niewielkim biurku, zastanawiając się, czy zaczekać na przebudzenie Epplera. Doszła jednak do wniosku, że będzie trwało to za długo i postanowiła zostawić mu parę słów. Rozejrzała się po biurku w poszukiwaniu papieru i ołówka. Jej wzrok padł na książkę “Rebecca” i wystającą spomiędzy stronic kartkę. Widać było starannie zapisane długie kolumny cyfr. Yvette nie miała wątpliwości, że jest to szyfr. Zaczęła kartkować książkę, zwracając uwagę, że niektóre stronice są przybrudzone. Wynotowała dokładnie ich numery i spisała cyfry z kartki, którą następnie schowała z powrotem między stronice książki. Odłożyła ją na miejsce i upewniwszy się, że Eppler śpi, wymknęła się z łodzi. Przebiegła kilkanaście kroków i skrę ciła w uliczkę, gdzie powinny stać riksze.
- Nie tak szybko, panienko! - usłyszała za sobą. Odwróciła się zaskoczona i zobaczyła żebraka. Schwycił ją mocno za rękę.
- Policja, pójdziesz ze mną - wepchnął ją do rikszy. - Jedź na komisariat - powiedział kierowcy.
Major Sansom nie wiedział o aresztowaniu Yvette. Na 10 sierpnia zaplanował wielką obławę, w wyniku której w jego sieci mieli wpaść niemieccy agenci.
Dzielnica Zamalek została otoczona wojskiem i obława powoli zbliżała się do łodzi Epplera. Ten obudził się, gdy usłyszał tupot butów na pokładzie. Miał na tyle przytomności, że dopadł drzwi i podparł je dużą, ciężką sztabą przygotowaną wcześniej na podobną okazję.
- Wyrzuć radiostację i szyfry - krzyknął do Monkastera, który oszołomiony stał w korytarzu.
Drzwi zaczęły pękać pod ciosami kolb. Eppler schwycił dużą, mosiężną popielnicę, uchylił bulaj i wyrzucił ją na pokład. Łomot do drzwi gwałtownie ustał, a żołnierze brytyjscy, przekonani, że na pokładzie jest granat, czmychnęli na nabrzeże i do wody. Dało to szpiegom kilka bezcennych minut. Monkaster wyrzucił przez zawór denny radiostację, a Eppler w tym czasie podpalił książkę. Kartki zaczęły czernieć i zwijać się w płomieniach, gdy żołnierze rozpoczęli ponowny szturm do drzwi. Eppler, obawiając się, że płomienie nie zniszczą całkiem książki, wyrzucił ją w ślad za radiostacją. Patrzył, jak tonie powoli, a żołnierze już sforsowali drzwi i wdarli się do korytarza.
- Zabijcie mnie! No, strzelajcie! - krzyczał. - Nie zastrzelicie mnie. Musicie wziąć żywego...
Przerwał mu silny cios kolbą w kręgosłup i nieprzytomny Eppler osunął się na ziemię.
Major Sansom nie torturował osobiście Epplera. Zadawanie bólu przesłuchiwanym traktował jako przykry obowiązek i zlecał go podwładnym. Mijały jednak dni, a z Niemców nie udawało się wydobyć ani słowa. Trzeciego dnia zaaplikowano im skopolaminę. Bez rezultatu. Pomoc nadeszła z najmniej spodziewanej strony. Z dna Nilu podniesiono łódź Epplera i przy tej okazji wygrzebano z mułu radiostację. Nie nadawała się do użytku, ale można było odczytać częstotliwość, na które nadawano szyfrogramy. Dokładniejsze poszukiwania umożliwiły odnalezienie “Rebecki”. Ogień zniszczył wiele kartek, ale nie było to ważne, gdyż Brytyjczycy mieli nie naruszony egzemplarz, znaleziony w samochodzie kapitana Seebohma. Późnym wieczorem zadzwonił “Toik”:
- Panie majorze, to sprawa nie cierpiąca zwłoki - mówił pośpiesznie.
- Koniecznie o tej porze? - Sansom był zmęczony po całym dniu pracy i nie miał ochoty na spotkanie.
- Niedokładnie się wyraziłem. Powinienem powiedzieć: na pana miejscu nie zwlekałbym ani sekundy...
Gdy się spotkali, “Toik” wyjaśnił, że jego agentka zaginęła kilka dni temu. Był przekonany, że popełniła jakiś błąd i ludzie, których śledziła, zlikwidowali ją. Skoro jednak zwłoki nie znalazły się przez dwa dni, zaczął rutynowo dowiadywać się w komisariatach, czy nie wiedzą nic na jej temat. W ten sposób trafił na ślad. Został poinformowany, że aresztowano ją pod zarzutem kradzieży na łodzi Epplera. Sprawdził datę - było to tuż przed angielską obławą.
Sansom natychmiast nakazał zwolnić dziewczynę z więzienia.
W jej torebce zachował się zwitek papieru, na którym zanotowała strony książki i kolumny cyfr gotowego szyfrogramu. Zeznania Epplera nie były już potrzebne. Kryptolodzy w ciągu kilku dni odtworzyli zasady szyfrowania przez “Kondora” depesz. 25 sierpnia “Kondor” wznowił nadawanie. Kto siedział przy radiostacji? Eppler, Monkaster czy może Brytyjczyk? Ostatnia możliwość jest najmniej prawdopodobna. Bez współpracy któregoś z Niemców nadawanie depesz byłoby niemożliwe, każdy ze szpiegów miał bowiem znaki, które wprowadzał do tekstu depeszy, aby ostrzec odbiorców, że został zdekonspirowany i zmuszony do nadawania. Brak w tekście pewnych sygnałów oznaczało z kolei, że jest ona nadawana przez nie wtajemniczoną osobę. Ponadto Brytyjczycy musieli liczyć się z niebezpieczeństwem, że odbiorcy depesz znali doskonale styl meldunków i szyfrów “Kondora”. Nagła zmiana byłaby sygnałem dla Niemców, że ich agent został aresztowany, a nadawanie przejęli nieprzyjaciele.
Eppler stanął przed sądem, który wydał na niego wyrok śmierci. Był to sfingowany sąd i wyrok. Brytyjczycy mieli nadzieję, że niemiecki szpieg
“skruszeje” w celi śmierci i zgodzi się wyjawić tajemnice. Mijały dni, a Eppler nie zdradzał ochoty do mówienia. Nie wiadomo, jak o jego sprawie dowiedział się przebywający w Kairze premier Winston Churchill. Podobno zdecydował się osobiście przesłuchać Niemca. W czasie rozmowy zapewnił Epplera, że nie zostanie stracony, jeżeli zgodzi się podjąć współpracę z wywiadem brytyjskim. Męczony przez wiele dni, skazany na śmierć, Eppler załamał się, słysząc obietnicę szefa brytyjskiego rządu. Zgodził się na współpracę. I to prawdopodobnie on w dalszym ciągu wysyłał w eter szyfrogramy z podpisem “Kondor”. Ich treść dyktowali Brytyjczycy...
|
|