
Temat: Śmierć Marszałka - Rozdział 21
Data: 2005-09-22 o godz. 20:45:47 Autor: Bogusław Wołoszańsi
Tytuł: "Śmierć Marszałka"
Autor: Bogusław Wołoszański
Rozdział: Pojedynek na Pustyni (Zabić Rommla!)
Noc na pustyni zapada szybko. Słońce chowa się gwałtownie za horyzontem, pogrążając piasek w ciemnościach. John Haselden widział przez niewielkie okienko w kadłubie Wellingtona, jak minęli linię brzegową, zostawiając za sobą rozsrebrzone Morze Śródziemne. Wypatrywał światełek Cyreny. Bliskość arabskiej osady miała być dla niego znakiem rozpoczęcia niezwykłej przygody. Nie bał się jej, chociaż po raz pierwszy w życiu miał zmierzyć się z wrogiem, którego nie znał; widział go tylko na ekranie kina przy Balaam Street, gdzie chętnie oglądał wojenne kroniki. Nie potrafił sobie wyobrazić niebezpieczeństwa. Może dlatego nie czuł strachu.
- Przygotuj się! - krzyknął do niego sierżant McClusky, który przeszedł obok, pochylił się i podniósł klapę w podłodze samolotu. John wstał z niewygodnej ławki przy burcie samolotu, dociągnął pasy i zaczepił sprzączkę od linki otwierającej spadochron. Usiadł niezdarnie na krawędzi luku. Czuł, że mięśnie napinają się bezwiednie, jakby w oczekiwaniu bólu. Pęd powietrza szarpał nogawki spodni, a w dole otwierała się czarna przepaść.
Sierżant, pochylony nad nim, wpatrywał się w lampki obok drzwi kabiny pilotów. Nagle klepnął go w ramię. John usłyszał jeszcze:
- Powodzenia, chłopie... - i wysunął się przez wąski otwór.
Lądowanie na piasku okazało się znacznie przyjemniejsze niż dotyk twardej ziemi lotniska w Ringway, gdzie uczył się skakać ze spadochronem. Pięć miesięcy temu zgłosił się ochotniczo do wojska, a gdy członkowie komisji poborowej dowiedzieli się, że skończył arabistykę na uniwersytecie w Aberdeen, skierowali go do specjalnej jednostki spadochroniarzy.
Szybko zwinął czaszę, rozgrzebał rękami piasek i wrzucił spadochron do płytkiego dołu. Rozejrzał się wokoło w poszukiwaniu zasobnika z wyposażeniem. Po chwili zobaczył długi, walcowaty kształt metalowego pojemnika, wbitego w piasek w odległości kilkudziesięciu metrów. Wydobył z niego radiostację, mapy, niewielką paczkę z żywnością i wodą, mocno przybrudzone, przesiąknięte potem ubranie arabskie i metalową puszkę z brunatnym kremem. Rozebrał się do naga i systematycznie zaczął wcierać maść w ciało. Mikstura powinna zacząć działać po kilku godzinach, nadając jego skórze ciemnobrązowy odcień. Włosy ufarbował jeszcze przed startem. Mistyfikacja była doskonała; nikt nie potrafiłby rozpoznać Anglika w krępym mężczyźnie o śniadej cerze i kruczoczarnych włosach. John Haselden mówił świetnie w narzeczu sesussi - jednym z licznych, które opanował podczas studiów i wakacyjnych praktyk w paru krajach Bliskiego Wschodu.
Gdy nad pustynią pojawiły się pierwsze promienie słońca, John zatarł starannie ślady nocnego lądowania i zarzuciwszy na plecy tobołek, w którym ukrył broń i radiostację, wyruszył w stronę najbliższego szlaku karawan. Do Będą Littoria dotarł późnym popołudniem. Nie był tam nigdy przedtem, ale znał doskonale rozkład osady. Przed wyprawą spędził wiele godzin, starając się zapamiętać wszystkie szczegóły planu i zdjęć lotniczych. Najbardziej interesował go duży, jednopiętrowy budynek w centrum - siedziba generała Erwina Rommla.
Skierował się w tamtą stronę, gdy tylko przybył do miasteczka. Wąską, kamienistą uliczką dotarł do niewielkiego placyku. Tam usiadł w kucki pod palmą i rozsupłał ostrożnie swój tobołek. Wydobył kawałek placka i krusząc go, zaczął powoli przeżuwać. Wyglądał jak zmęczony wędrowiec, który przysiadł na chwilę przed dalszą drogą. Nie zwracał niczyjej uwagi. Stapiał się z tłumem innych identycznie wyglądających postaci w brudnych burnusach i białych turbanach. Mogły go zdradzić tylko oczy, badawczo wpatrzone w bramę wysokiego domu. Policzył wartowników: czterech przy bramie - ciężkiej, kutej, trudnej do sforsowania. Stali za workami piasku, nad którymi rozciągnęli kawałki brezentu, chroniące przed promieniami słońca. Ilu było za wrotami? Uznał, że tego nie dowie się łatwo. Po chwili zauważył trzy sylwetki na płaskim dachu, gdzie zapewne mieściły się stanowiska karabinów maszynowych lub działek przeciwlotniczych. Za załomem muru dostrzegł następne stanowisko, obłożone workami z piaskiem, ale z odległości nie potraf ił zobaczyć, ilu jest tam żołnierzy.
Zawinął resztkę placka w przetłuszczoną szmatkę. Podniósł się i przeszedł na drugą stronę placu. Dostrzegł tam kilka straganów i pomyślał, że będzie to doskonały punkt obserwacyjny. Oglądał jeszcze przez chwilę skupisko przekupniów i ruszył do wschodniej części miasta, gdzie miał się zgłosić do handlarza, by zażądać zwrotu pieniędzy za dwie kozy, które padły w dwa dni po zakupie. Gdy handlarz odpowie: “Pamiętam, że ci sprzedałem kozy, ale nie pamiętam ile”, oznaczać to będzie, że znalazł bezpieczne schronienie. Każda inna odpowiedź zwiastowała niebezpieczeństwo. Wszystko potoczyło się zgodnie z planem i wieczorem ukrył radiostację pod stertą słomy na strychu domu handlarza kóz.
Następnego dnia spędził na placu wiele godzin, siedząc w kucki nad papierem, na którym rozłożył kilka glinianych skorup. Zachwalał je przechodniom, nawet patrolowi żandarmerii niemieckiej. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Czuł się całkowicie bezpieczny.
Po kilku dniach uznał, że wie już bardzo dużo o strażnikach i głównym mieszkańcu obserwowanego domu. Notował w pamięci godziny, w których zmieniano warty. Przez otwartą bramę dostrzegł posterunki przed drzwiami budynku. Wielokrotnie widział Rommla wyjeżdżającego w opancerzonym kabriolecie, z silną eskortą. Zauważył, że około godziny 20.00 feldmarszałek zawsze wracał do domu i nigdy nie opuszczał go w nocy. Wiele cennych informacji przekazali mu inni przekupnie, z którymi gawędził po zamknięciu straganów.
Po dwóch tygodniach obserwacji John doszedł do wniosku, że może przekazać pierwszy raport do kwatery w Kairze. W nocy wygrzebał spod sterty słomy węzełek z radiostacją i przekazał meldunek. Tej samej nocy raport znalazł się na biurku szefa wywiadu wojskowego w Kairze, generała Francisa de Guinganda. Zwrócił on szczególną uwagę na zdanie: Obiekt X silnie strzeżony, z wyjątkiem strony północnej, otoczonej żywopłotem. Tam straże są najsłabsze. Następne raporty, które Haselden nadsyłał regularnie co cztery dni, potwierdzały pierwsze spostrzeżenia.
Na początku listopada generał Guingand i szef operacji specjalnych, pułkownik Laycock rozpoczęli planowanie ataku na kwaterę Rommla. Dowódca wojsk brytyjskich na Bliskim Wschodzie, marszałek Claude Auchinleck, wyznaczył termin: 17, a najpóźniej 18 listopada 1942 r. Wtedy to zamierzał uderzyć na wojska niemiecko-włoskie, a śmierć Rommla mogła przesądzić o powodzeniu tej ofensywy. Nadano jej kryptonim “Crusader”. Pułkownik Laycock uważał, że komandosi powinni zaatakować równocześnie kilka punktów, aby sparaliżować ruchy wojsk niemieckich i włoskich. Proponował, aby w operacji wzięło udział pięćdziesięciu dziewięciu komandosów, którzy powinni zabić lub schwytać Rommla, zniszczyć dowództwo wojsk włoskich w Cyrenajce, wymordować szefów włoskiego wywiadu, a w jego kwaterze w Appollonii zdobyć księgi szyfrów, przy okazji zaś zniszczyć jak najwięcej linii telekomunikacyjnych.
17 listopada po zapadnięciu zmroku w rejonie Będą Littoria wynurzyły się u wybrzeża dwa okręty podwodne: Torbay i Talisman. Na brzegu migotało światło latarni, którą machał Haselden, na znak, że komandosi mogą lądować. Sześciu oficerów i pięćdziesięciu trzech komandosów dotarło pontonami na ląd. Wkrótce rozdzielili się na kilka grup. Trzej żołnierze, prowadzeni przez podpułkownika Geoffreya Keyesa, wyruszyli z Haseldenem w stronę kwatery Rommla. Pogoda im sprzyjała; rzęsisty deszcz tłumił odgłos kroków. Przeskoczyli żywopłot i zaczęli czołgać się w stronę domu. Światło reflektora, które wartownicy kierowali z dachu w stronę krzewów, nie było groźne. Strugi wody rozpraszały promienie i zacierały ślady.
Po kilku minutach dotarli do tylnych drzwi; nie było przy nich wartowników. Keyes otworzył je i nagle zobaczył żołnierza w hełmie i pelerynie, który zapewne schronił się przed deszczem. Komandos uniósł thompsona, ale Niemiec zdążył schwycić za lufę jego karabinu i skierować ją w górę. Keyes odepchnął go i wyszarpnął nóż z pochwy przytroczonej do nogawki spodni. Nie zdążył jednak uderzyć, gdyż w tej samej chwili wtargnął któryś z komandosów i widząc szamotaninę, strzelił do Niemca, kładąc go trupem. Huk zaalarmował żołnierzy na piętrze. Jeden z nich wybiegł na schody, ale nie mógł się zorientować, o co chodzi w ciemnym korytarzu. Komandosi zaczęli do niego strzelać. Niecelnie. Zdołał cofnąć się do pokoju.
Po chwili komandosi zobaczyli światło w szparze drzwi pod schodami. Wbiegli tam. Kilku żołnierzy niemieckich, obudzonych strzałami, zdejmowało broń ze stojaka. Keyes strzelił na oślep, ale w tym samym momencie jeden z Niemców zdołał załadować karabin i nacisnął spust. Kula trafiła Keyesa w serce. Upadł do tyłu i oparł się o stojącego za nim żołnierza. Ten wrzucił granat do środka i wyciągnął martwego dowódcę do ogrodu. Dwaj pozostali przy życiu komandosi walczyli jeszcze, ale nie mieli żadnych szans wykonania zadania. Byli otoczeni i po kilku minutach walki zginęli, przeszyci seriami karabinów maszynowych. Akcja, podobnie jak i ataki na obiekty włoskie, zakończyła się fiaskiem. Uratował się jedynie dowódca operacji, podpułkownik Laycock i jeden żołnierz. Uratował się też Haselden, który nie zauważył, że kilka dni przed planowanym atakiem Rommel przeniósł swoją siedzibę o sto pięćdziesiąt kilometrów na południe, do Gambund. 17 listopada nie było go jednak i w nowej kwaterze. Przebywał o tysiące kilometrów sta mtąd, w swoim rodzinnym domu, dokąd udał się, aby spędzić z żoną 25 rocznicę ślubu...
Generał Claude Auchinleck wysłuchiwał raportu Laycocka z wyraźną irytacją. W skrytości ducha liczył na powodzenie akcji. Wierzył, że jeżeli komandosom nie uda się zabić lub porwać Rommla, to przynajmniej zdezorganizują włoską sieć dowodzenia.
- Czy odniósł pan wrażenie, że Niemcy i Włosi zostali uprzedzeni o naszej akcji? - przerwał Laycockowi wyliczanie strat.
- Absolutnie nie, sir! - wykrzyknął zapytany z taką energią, jakby to jego podejrzewano o zdradę.
- Czy ty też jesteś tego zdania? - Auchinleck zwrócił się do szefa wywiadu, generała Guinganda, gdy Laycock wyszedł z pokoju.
- Tego nigdy nie można wykluczyć - wymijająco odpowiedział Guingand. - W tym wypadku jednak sądzę, że to komandosi spartolili robotę. Nic nie świadczy o przeciekach ani zdradzie. Wprost przeciwnie, meldunki z frontu wskazują na całkowite zaskoczenie nieprzyjaciela.
Od 18 listopada wojska brytyjskiej VIII armii parły niepowstrzymanie do przodu. XXX korpus przekroczył egipsko-libijską granicę w pobliżu Fortu Maddalena i posuwał się szybko w stronę Gabr Saleh. Na prawym skrzydle XIII korpus przetoczył się przez włoskie pozycje i jak burza sunął do Bardii. Brytyjczykom udało się zaskoczyć Włochów i Niemców. Operacja “Crusader” zakończyła się 20 grudnia zwycięstwem wojsk alianckich. Nadchodził jednak czas, gdy Rommel mógł wprowadzić do walki broń o niezwykłej sile...
|
|