Strona: 1/2
Tytuł: "Śmierć Marszałka"
Autor: Bogusław Wołoszański
Rozdział: (Komandosi) Pierwsza Krew Eben Emael
Było jeszcze ciemno, gdy na lotnisku pod Kolonią spadochroniarze Batalionu Kocha wyszli z hangaru po ostatniej odprawie i rzędami ruszyli w stronę szybowców DFS 230, równo ustawionych na betonowych pasach.
Dowódca, porucznik Witzig, stanął pod skrzydłem i obserwował, jak żołnierze, objuczeni bronią i sprzętem, podchodzą do samolotów. Wielu niosło duże, okrągłe pudła, przypominające do złudzenia miny talerzowe. Były to nowe ładunki kumulacyjne, wypróbowane kilka miesięcy wcześniej na ścianach bunkrów pod Wizną w Polsce oraz w Czechosłowacji, gdzie spadochroniarze z oddziału Witziga przygotowywali się do nowej akcji.
Efekty działania min były zadziwiające: wybuch 50-kilogramowego ładunku przebijał 50-centymetrową warstwę betonu lub stalowy pancerz grubości 40 centymetrów. W czasie wybuchu wytwarzał się strumień gazu, którego cząsteczki, pod ciśnieniem 14 tysięcy atmosfer, “rozpychały” cząstki betonu lub stali i wpadały do wnętrza czołgu czy bunkra, zabijając wszystko co żywe.
Witzig spojrzał na zegarek. Dochodziła 4.00 nad ranem 10 maja 1940 r. Za kilka minut, zgodnie z planem, 83 jego żołnierzy powinno zająć miejsca w ciasnych wnętrzach 11 szybowców.
- Ty, tam! - krzyknął do żołnierza stojącego przy stateczniku. W ciemnościach nie mógł rozpoznać twarzy, ale zauważył, że chłopak oparł się o kadłub i drzemie w oczekiwaniu na rozkaz wejścia do samolotu. - W domu sobie pośpisz! Ruszaj się, jeśli nie chcesz, żebym dobrał się do ciebie jeszcze przed startem!
Wszyscy w oddziale wiedzieli, że Witzig potrafi być bezwzględny i okrutny. Zjawiał się w najbardziej nieoczekiwanych momentach, aby sprawdzić, czy żołnierze utrzymują porządek w koszarowej sypialni albo też czy wykazują zapał, ćwicząc na torze przeszkód. Opieszałych karał z całą bezwzględnością, gdyż uważał, że los winowajcy musi być przykładem dla innych. W Czechach o mało nie zakatował na śmierć jednego z żołnierzy. Znalazł go śpiącego w cieniu bunkra, gdzie ćwiczyli wspinanie na pionowe ściany. Wpadł w furię i wyrwał bat z rąk woźnicy, który powoził polową kuchnią. Chłostał zaciekle chłopaka, dopóki jeden z kaprali nie odciągnął go. Pobitego zabrano do szpitala, ale przełożeni, ceniący Witziga, szybko zatuszowali całą sprawę.
Żołnierz oparty o kadłub na dźwięk głosu dowódcy gwałtownie się wyprężył i poprawił oporządzenie. Witzig, widząc natychmiastowy efekt swych słów, skierował wzrok w inną stronę, ale nie znalazł nic nagannego.
Jego podwładni tworzyli grupę o kryptonimie “Granit”. Na dwóch lotniskach szykowali się do startu spadochroniarze z grup o kryptonimach “Beton”, “Stal” i “Żelazo”; łącznie 493 żołnierzy z jednostki nazwanej Batalionem Szturmowym Kocha - od nazwiska dowódcy kapitana Waltera Kocha. Mieli uderzyć na mosty na Kanale Alberta i opanować je, aby oddziały 6. armii, które 10 maja o 5.25 ruszały na Belgię, mogły szybciej wedrzeć się w głąb kraju. Jednakże sukces żołnierzy obsadzających mosty zależał od wykonania zadania przez żołnierzy Witziga, którzy powinni opanować fort Eben Emael. Jeżeli nie udałoby się im tego dokonać, działa fortu zniszczyłyby wszystkie znajdujące się w ich zasięgu mosty na Kanale Alberta i Mozie, zmuszając oddziały 6. armii do długotrwałych przepraw pod ogniem dział oraz pod bombami angielskich i francuskich samolotów. A opanowanie fortu wydawało się wręcz nieprawdopodobne.
Bunkry fortu - rozłożone na obszarze 45 hektarów - połączono korytarzami wydrążonymi na głębokości 15-25 metrów w miękkiej skale wapiennej wznoszącej się nad Kanałem Alberta. Najdłuższy i najbardziej narażony na niemieckie ataki bok fortu, o długości 1300 metrów, biegł wzdłuż kanału. Znajdowało się tu najmniej bunkrów, ale też nie sposób sobie wyobrazić, żeby jakikolwiek dowódca skierował żołnierzy do ataku na obiekty znajdujące się za kanałem o szerokości 54 metrów, na szczycie pionowej niemal ściany wysokiej na 65 metrów.
Wzdłuż drugiego boku trójkąta biegła fosa o szerokości około 15 metrów i długości 1100 metrów. Zasilały ją wody Kanału Alberta. W bezpośrednim sąsiedztwie płynęła rzeka Geer, której sforsowanie w ogniu dział było bardzo trudne.
Dostępu do trzeciego boku, nie chronionego żadną przeszkodą wodną, broniła skarpa o wysokości od 6 do 12 metrów. Nad nią piętrzyły się bunkry z karabinami maszynowymi i działami przeciwpancernymi. Tej przeszkody nie mógłby sforsować żaden czołg.
Na powierzchni fortu wybudowano 4 bunkry, każdy z 3 działami kał. 75 mm. Strzelnice dwóch bunkrów skierowano na północ i pociski dział mogły razić nieprzyjaciela w Maastricht (dlatego bunkry te nazwano “Maastricht l” i “Maastricht 2”), a dwa pozostałe, skierowane na południe, mogły ostrzeliwać Vise (“Vise I” i “Vise 2”) - Na terenie fortu znajdowały się ponadto 2 kopuły pancerne z 2 działami kał. 75 mm, które w czasie nieprzyjacielskiego ostrzału lub bombardowania opuszczano do poziomu gruntu, co doskonale chroniło je przed pociskami. Gdy ostrzał się skończył, wysuwały się niemalże 60 centymetrów nad powierzchnię, a ich działa mogły razić cele znajdujące się w odległości 11 kilometrów.
Pośrodku fortu ulokowano kopułę z dwoma działami kał. 120 mm o zasięgu 17 kilometrów. Ważyła 440 ton i nie mogła się opuszczać ani podnosić, a jedynie obracała się o 360 stopni. Rząd belgijski nie zgodził się na zainstalowanie dział większego kalibru, gdyż uznał, że nie przystoi to państwu neutralnemu.
Pod ziemią betonowe stropy o grubości 2,5 metra chroniły pomieszczenia, w których mieszkała 700-osobowa załoga fortu. Były tam: sypialnie, kuchnie, spichlerze z zapasem żywności na 3 miesiące, studnie, sięgające do źródeł wody na głębokości 60 metrów, 6 agregatów prądotwórczych, zapewniających oświetlenie i ogrzewanie, magazyny amunicji, centrale telefoniczne i kierowania ogniem.
Pomieszczenia o odmiennym przeznaczeniu były oddzielone od siebie długimi korytarzami. Załoga mogła szybko zablokować przejścia, umieszczając w przygotowanych miejscach stalowe belki, za którymi ustawiano worki z piaskiem, drugą ścianę ze stalowych belek, a na dodatek zamykano pancerne drzwi. Cała operacja odcięcia pomieszczeń, do których wdarłby się wróg, trwała nie dłużej niż kilkanaście minut.
Wydawałoby się, że nie ma takiej armii, która zdołałaby z marszu zająć twierdzę Eben Emael. Jedynie wielotygodniowe oblężenie, zastosowanie ciężkich dział, czołgów i samolotów mogłoby zmusić obrońców do kapitulacji.
Niemcy nie mieli na to czasu i zdecydowali się użyć niewielkich sił, lecz działających znienacka. Doświadczenia wskazywały na ogromną skuteczność takich operacji.
Już w 1933 r. Hermann Goring, ówczesny szef pruskiej policji, nakazał majorowi Weckemu utworzenie oddziału spadochroniarzy, którzy mieliby za zadanie atakowanie siedzib partii komunistycznej. Obławy policyjne niewiele dawały, gdyż domy, w których przebywali przywódcy komunistyczni, były obstawione siecią obserwatorów. Ci, widząc nadjeżdżające samochody, wszczynali alarm i gdy policjanci przystępowali do akcji, zastawali puste pomieszczenia. Dlatego Goring uznał, że należy uderzać niespodziewanie, zanim ścigani zdążą zniknąć wśród pobliskich domów. Błyskawiczne akcje spadochroniarzy Weckego okazały się bardzo skuteczne i oddział szybko rozrastał się, osiągając wkrótce wielkość regimentu; nazwano go “Regimentem Goringa”.
l lipca 1938 r. dowództwo Luftwaffe wydało rozkaz utworzenia 7. dywizji powietrznodesantowej. To jej oddziały miały opanować mosty na Kanale Alberta i Eben Emael.
- Do samolotów!
Komandosi sprawnie zajęli miejsca na twardych ławkach. Huk silników bombowców nasilił się i Ju 5213m zaczęły kolejno odrywać się z pasa, ciągnąc za sobą szybowce.
Witzig wystartował w pierwszym szybowcu, ale w niewielkim oddaleniu widział na tle nieba sylwetki innych maszyn. Piloci wypatrywali na ziemi ognisk rozpalonych specjalnie po to, aby wskazywać lecącym kierunek.
W szybowcu Witziga było cicho. Nikt nie rozmawiał; być może żołnierze krępowali się obecnością dowódcy.
Nagle szybowiec szarpnął i dziób uniósł się do góry, ale po chwili opadł. Witzig zerwał się z miejsca i pobiegł do kabiny pilotów.
- Co się stało?! - krzyknął.
- Hol się zerwał, panie poruczniku - zameldował pilot.
- Zdołamy dolecieć do Eben Emael?
- Nie. - Pilot pokręcił głową i wskazał wysokościomierz. - Jesteśmy na wysokości 1100 metrów i cały czas opadamy. To oznacza, że wylądujemy 8-10 kilometrów przed celem. Żeby trafić do fortu, musimy osiągnąć wysokość co najmniej 2130 metrów.
- Wracajmy na lotnisko!
- Rozkaz! - powiedział z niepewną miną pilot i położył szybowiec w powolny skręt.
- Nie mamy wielkich szans dotarcia na lotnisko pod Kolonią - dodał po chwili. - Prawdopodobnie wylądujemy gdzieś na łące. Całe szczęście, że niedługo się rozwidni.
Witzig odwrócił się bez słowa i wściekły powrócił na miejsce. Przez wiele miesięcy przygotowywał się do tej misji, a nagła awaria sprawiła, że bitwa miała rozegrać się bez jego udziału.
Wkrótce drugi szybowiec zerwał się z holu. W stronę Eben Emael leciało już tylko 9 samolotów z 59 komandosami.
W forcie tuż po północy ogłoszono alarm. Naczelne dowództwo wojsk belgijskich od wielu miesięcy miało wszelkie powody, aby uważać, że Niemcy dokonają agresji.
Załogi bunkrów zajęły miejsca przy armatach i karabinach maszynowych, ale nikt nie wierzył, że ktoś mógłby zaatakować fort położony na niedostępnym wzgórzu. Żołnierze drzemali więc w spokoju.
W bunkrze “Maastricht 2” kapral Henri Lacluse wyjrzał przez szczelinę obserwacyjną. Wstawał pogodny, cichy dzień. Kapral ziewnął i wrócił do swojego miejsca, jakie wymościł sobie obok siodełka celowniczego działa kał. 75 mm. Zapadał znów w sen, gdy nagle zadźwięczał telefon. Odebrał go porucznik dowodzący załogą bunkra. Słuchał przez chwilę, a na jego twarzy widać było narastające napięcie. Odłożył słuchawkę.
- Mówią, że nadlatują samoloty - powiedział niepewnie. Przez chwilę panowała cisza.
- Nic przecież nie słychać... - zauważył któryś z żołnierzy.
- Nie nasza sprawa - odburknął porucznik. - W razie ataku wszystkie bunkry mają nawzajem osłaniać się ogniem.
- Jak to “ataku”?! Przecież ani samoloty, ani spadochroniarze nie mogą tu wylądować. Jakim cudem?! - dopytywał się Lacluse.
Miał rację. Na łące pagórka kryjącego fort nie mógłby wylądować samolot transportowy. Desant spadochroniarzy też był mało prawdopodobny. Spadochroniarze skakali z wysokości od 120 do 250 metrów, mając przy sobie tylko pistolety i granaty. Karabiny, broń ciężką, materiały wybuchowe zrzucano w oddzielnych zasobnikach. Tak więc nad Eben Emael samoloty ze spadochroniarzami musiałyby nadlatywać kolejno, wielu skoczków wiatr prawdopodobnie zniósłby poza teren fortu, wielu pozostałoby bez broni, nie mogąc odszukać pojemników, a cała operacja trwałaby tak długo, że załoga fortecy bez trudu uporałaby się z napastnikami.
Z tego względu na powierzchni fortu nie zamontowano żadnych zapór przeciwdesantowych. A przecież wystarczyłoby wkopanie kilkudziesięciu drewnianych słupów, by nie wylądował tam żaden desant. Belgijscy dowódcy, rozważając możliwość zaatakowania twierdzy z powietrza, nie wzięli pod uwagę tego, że na łące - za małej dla spadochroniarzy i samolotów transportowych - jest wystarczająco dużo miejsca dla szybowców. Ale przed wojną mało kto słyszał o spadochroniarzach; o szybowcach w ogóle się nie mówiło.
- Bunkry mają nawzajem osłaniać się ogniem! To jest rozkaz, kapralu! - powtórzył porucznik, który nie miał zamiaru wdawać się w dyskusję na temat możliwości zaatakowania fortu. Odwrócił się na pięcie i poszedł do radiotelegrafisty zamkniętego w oddzielnym pomieszczeniu. Po chwili jednak wyjrzał stamtąd.
- I dość tego spania. Uzupełnić amunicję przy działach! Alarm jest!
Żołnierze zajęli bez przekonania wyznaczone miejsca.
Lacluse zdjął słuchawkę telefonu i przez chwilę stukał w widełki.
- Co jest, do diabła?! - Usłyszał po chwili zaspany głos.
- Uzupełnić magazyny! Rozkaz porucznika! - powiedział Lacluse i powrócił do drzemki.
W korytarzu prowadzącym do każdego z bunkrów znajdowały się podręczne magazyny pocisków, do których trzeba było dowieźć naboje z głównego magazynu, umieszczonego kilka pięter niżej.
Po paru minutach z korytarza dobiegł szum windy. Znak, że na dole, w głównym magazynie amunicji, rozpoczęła się praca. Metalowe kraty windy rozsuwały się ze szczękiem, żołnierze wyciągali metalowe skrzynie z nabojami, a następnie układali amunicję na półkach podręcznego magazynu.
Tymczasem na wysokości 2130 metrów bombowce odczepiły hole i wykonały ciasny skręt. 9 szybowców z żołnierzami grupy “Granit” wyrównało lot. Znajdowali się w odległości około 15 kilometrów od celu.
- Przygotować się! - krzyknął do żołnierzy w szybowcu nr l porucznik Delica, który pod nieobecność Witziga przejął dowodzenie grupą.
Szybko zbliżali się do celu. Po kilkunastu minutach zobaczyli wyłaniające się z porannej mgły zarysy łąki, na której mieli wylądować. Piloci skierowali szybowce stromo w dół, aby do minimum skrócić dobieg przy lądowaniu. W odpowiednim momencie wyrównali lot i szybowce jeden po drugim zaczęły siadać na łące, z której wystawały kopuły i bunkry fortu. Było cicho - nieomylny znak, że obrońcy niczego się nie spodziewają.
- Otworzyć drzwi! Odrzucić pokrywy kabin! - krzyknął Delica.
Żołnierze wysypali się z maszyn. Zatrzymali się na chwilę, aby zlokalizować cele i natychmiast ruszyli przed siebie. Naraz z północnej strony rozległy się strzały. To poczwórnie sprzężony karabin maszynowy - jedyne stanowisko obrony przeciwlotniczej w potężnym forcie - rozpoczął ogień do lądujących szybowców. Kanonada nie trwała długo, gdyż niemiecka seria ścięła obsługę stanowiska. Po chwili jednak miejsce zabitych zajęli inni żołnierze i karabin ponownie zaczął ostrzeliwać szybowce. Nie na długo. Wybuchy kilku granatów, celnie rzuconych przez komandosów, wybiły obsługę i zniszczyły karabin. Fort nie mógł już się bronić przed nadlatującymi szybowcami.
Delica spojrzał na zegarek; minęło 1,5 minuty od chwili, gdy jego szybowiec wylądował. Plany przewidywały, że dla całości akcji największe znaczenie będzie miało pierwsze dziesięć minut walki. Jeżeli w tym czasie komandosom uda się zniszczyć większość punktów obserwacyjnych i unieszkodliwić działa - wygrają.
Żołnierze skupili się wokół niego. Wskazał najbliższy cel, który w niemieckich planach oznaczono jako obiekt nr 12 - betonowy bunkier z trzema działami kał. 75 mm i pancerną kopułą obserwacyjną. Lufy obracały się już w ich stronę. Delica podbiegł w tamtym kierunku. Po kilkunastu sekundach padł tuż przed pancerną płytą osłaniającą lufy działa. Tu był bezpieczny, gdyż konstruktorzy bunkra nie umieścili w nim strzelnic, przez które obrońcy mogliby wyrzucić granaty. Nie mogli więc nic zrobić Niemcowi, ale on z kolei nie miał ładunków kumulacyjnych. Dał znak dwóm najbliżej znajdującym się żołnierzom. Zaczęli czołgać się w jego stronę, ciągnąc za sobą talerzowe puszki. Mimo nasilającego się ognia karabinów maszynowych dotarli do miejsca, gdzie ukrył się Delica, i podsunęli mu dwa ładunki. Porucznik przyklęknął i umieścił na betonowym występie przy pancernej płycie 12,5-kilogramowy ładunek. Wcisnął sworzeń zapalnika i odczołgał się o kilka metrów. Po 9 sekundach wybuch wepchnął płytę osłaniającą działo do wnętrza b unkra. Pozostałe dwa działa przerwały ogień.
Delica uznał, że załoga oszołomiona wybuchem albo uciekła w głąb schronu, albo pozostała na stanowiskach, lecz przez kilkadziesiąt sekund nie będzie w stanie się bronić. Wyskoczył z dołu chroniącego go przed pociskami, podbiegł do bunkra i schwycił lufę działa. Stopę wsunął w występ betonu i wspiął się na dach bunkra. Drugi żołnierz, który w tym czasie dopadł do ściany i oparł się o nią plecami, podał mu ciężką dwuczęściową minę kumulacyjną. Delica umieścił podstawę miny na pancernej kopule obserwacyjnej. Nałożył na nią drugą część, z wystającym przyciskiem zapalnika. Uderzył go dłonią i zeskoczył z bunkra. Po 9 sekundach mina eksplodowała, przepalając pancerz kopuły. Fort stracił jeden z punktów obserwacyjnych.
Dalej - w kierunku zachodnim - widniała pancerna wieżyczka z dwoma działami kał. 75 mm. Wysunięta tuż nad ziemię, ostrzeliwała łąkę, na której stały szybowce. Nie można się było do niej podczołgać, gdyż drogę odcinał grad pocisków z karabinów maszynowych któregoś z północnych bunkrów. Delica przyglądał się celowi przez lornetkę. Działa strzelały metodycznie, bez pośpiechu. Co prawda nie mogły wyrządzić wiele szkody komandosom, którzy już wylądowali, ale można się było spodziewać, że lada moment dotrą następne szybowce, a wówczas ogień dwóch dział mógł spowodować wiele szkód.
- “Granit” wzywa “Orła”! - Delica zaczął wywoływać przez radiostację dowództwo operacji w Niemczech.
- “Orzeł”, zgłaszam się - usłyszał po chwili.
- Potrzebujemy wsparcia lotniczego. Obiektu nr 23 nie udało się zniszczyć. Powtarzam: obiekt 23.
- Zrozumiałem, obiekt nr 23. Wysyłamy samoloty.
Po kilkunastu minutach nad fortem Eben Emael pojawiły się bombowce nurkujące Ju 87. Zatoczyły ciasne koło i przez chwilę krążyły poszukując celu, aż nagle runęły w dół z wyciem silników. Na niewielkiej wysokości spod ich kadłubów oderwały się bomby, które z niezwykłą precyzją trafiły w najbliższe sąsiedztwo pancernej wieżyczki. Jedna z bomb eksplodowała w odległości 3 metrów, wyrywając kawał betonu z podstawy wieży. Załoga natychmiast zamknęła wieżyczkę. Kopulasty dach zrównał się z ziemią, a betonowy kołnierz zakrył strzelnice. Belgijscy żołnierze byli bezpieczni, gdyż 250-kilogramowe bomby Ju 87 nie mogły przebić 40-centymetrowego pancerza. Do końca walki Belgowie nie odważyli się podnieść wieżyczki i ostrzeliwać napastników.
W północnej części fortu grupa komandosów, dowodzona przez sierżanta Wenzela, niszczyła kopuły obserwacyjne i bunkry artyleryjskie. Systematycznie stosowano tę samą taktykę: najpierw strzelano w stronę celu z miotaczy ognia. Strugi płonącej cieczy rozlewały się na pancerzach i otworach strzelniczych; nie mogły zaszkodzić belgijskim żołnierzom, dobrze chronionym przez stalowe płyty i wielometrowe betonowe ściany, ale zmuszały ich do odejścia od strzelnic. Wtedy grupy atakujące podbiegały do bunkrów i zakładały ładunki kumulacyjne, które z niezwykłą siłą niszczyły cele.
Po pierwszych 10 minutach większość dział fortu zamilkła, zniszczona wybuchami ładunków kumulacyjnych. Ale do zwycięstwa było jeszcze daleko.
Delica wiedział, że w schronach i bunkrach podziemnych jest 700 żołnierzy. Gdyby wyszli na powierzchnię, z łatwością rozprawiliby się z 59 komandosami. W dodatku - w bezpośrednim sąsiedztwie fortu stała dywizja wojsk belgijskich: kilkanaście tysięcy żołnierzy gotowych do walki. Co prawda niewielkie oddziały tej dywizji ruszyły na pomoc załodze fortu i podjęły atak od strony północno-zachodniej, ale karabiny maszynowe komandosów zatrzymały ich skutecznie.
W każdej bitwie przychodzi chwila, w której obrońcy czują się zmęczeni, a atakujący zaczynają wątpić w zwycięstwo. Jest to czas, który może mieć decydujące znaczenie dla dalszej walki. W Eben Emael napięcie zaczęło słabnąć koło godziny 8.00. Większość dział była zniszczona, a kopuły obserwacyjne w większości rozbite, ale fort wciąż się bronił.
Karabiny maszynowe bunkrów nad Kanałem Alberta ostrzeliwały pozycje niemieckie w rejonie mostu na przedmieściach Canne. Tam belgijscy żołnierze na widok lądujących szybowców wysadzili jedno z przęseł, zamykając drogę niemieckim oddziałom idącym wspomóc komandosów walczących w forcie. 51. batalion saperów zaległ na prawym brzegu kanału pod ogniem bunkrów Eben Emael.
Następna strona (2/2) 
|