|
Tytuł: "Śmierć Marszałka"
Autor: Bogusław Wołoszański
Rozdział: Czarna Passa Admirała
Wieczór był zimny, a dokuczliwy wiosenny deszcz się nasilał. Policjant Hans Folke zsiadł z roweru i rozejrzał się po pustej ulicy. Miał już dość patrolowania wymarłych uliczek. Postanowił zajść na chwilę do gospody Kamappa, ale widok zamkniętych okiennic przypominał mu, że zaprzyjaźnionemu restauratorowi zmarła przed kilkoma dniami żona i na znak żałoby zamknął jedyny w miasteczku lokal, w którym można było napić się wódki lub piwa. Folke westchnął i skierował się w stronę dworca, gdzie powinien być jeszcze otwarty bar.
Wszedł na peron i oparł rower o ścianę. Otrząsał właśnie mokry płaszcz, gdy wzrok jego padł na grupkę podróżnych. Wyglądało na to, że dopiero przyjechali, i nie bardzo wiedzą, co dalej robić. Policjantowi wydało się to dziwne, gdyż do miasteczka, w którym nie zatrzymywały się nawet pociągi pośpieszne, przyjeżdżali jedynie ludzie mający tu krewnych lub znajomych, a ci zawsze oczekiwali gości na peronie. Spojrzał jeszcze raz w stronę podróżnych, którzy jakby ponagleni jego wzrokiem, zaczęli się kierować ku wyjściu.
Jeżeli nie wiedzą, gdzie się podziać, to nie ma nic lepszego niż policjant, który wie wszystko. Powinni mnie zapytać. Jeżeli nie chcą, to ja ich zapytam, dlaczego unikają policjanta - pomyślał Folke i ruszył w stronę nieznajomych. Ci przyśpieszyli kroku.
- Hej! - krzyknął w ich kierunku. - Zaczekajcie!
Obcy szli przed siebie, udając, że nie słyszą okrzyku.
- Zaczekajcie, mówię! - Teraz musieli usłyszeć. - Dokąd zmierzacie?
- Tu... My tu, do znajomych... - Mężczyzna w kapeluszu mówił bardzo niepewnym głosem.
- Do Bergów - wsparła go kobieta osłaniająca płaszczem chłopca.
Bergowie rzeczywiście mieszkali w miasteczku, ale w każdym niemieckim miasteczku mieszka co najmniej jeden człowiek o tym nazwisku.
Folke wyciągnął latarkę i skierował światło na mężczyznę. Tamten zmrużył oczy i usiłował zasłonić twarz. Folke właściwie odczytał ten gest. Mężczyzna chciał ukryć swe rysy.
- A odkąd to Bergowie mają znajomych Żydów?! - Folke triumfował. Już słyszał pochwałę i widział nagrodę za złapanie Żydów.
- Nie jesteśmy Żydami! - gwałtownie zaprotestowała kobieta.
- Pójdziemy na posterunek, to wszystko się wyjaśni - oświadczył policjant i poprawił pas z pistoletem. - Idźcie przede mną.
- Proszę pana, dlaczego od razu na posterunek?... - oponował mężczyzna. - Pada deszcz, posterunek pewno daleko, a my sobie spokojnie idziemy do Bergów.
- Naprzód! - warknął Folke i ujął w dłoń pałkę.
Szli przed siebie w milczeniu, aż mężczyzna się zatrzymał.
- Proszę pana - mówił cicho. - Ma pan rację. Ale jeżeli pan nas puści, to dam panu dużo złota. Będzie pan bogatym człowiekiem...
- Naprzód! - Folke udawał, że nie słyszy propozycji.
- W tej walizce jest dużo złota i dolarów. To wszystko, co mam. Niech pan weźmie. - Mężczyzna nie ustępował.
Folke zamachnął się i z całą siłą uderzył go pałką. Kobieta i dziecko zaczęli rozpaczliwie krzyczeć.
- Milczeć! - ryknął rozwścieczony Folke. - Powystrzelam was jak psy, jeśli tylko któreś jeszcze piśnie.
Mężczyzna podniósł się z chodnika i już bez słowa wszyscy poszli na posterunek. Tam Folke przywołał komendanta i obydwaj otworzyli walizkę. Nie było złota, ale pod ubraniami leżały pliki dolarów.
- Skąd to masz? - Folke złapał mężczyznę za klapy marynarki.
- To wszystko moje! - Żyd zasłonił się przed razami.
- Wy, Żydzi, nie macie dolarów, tylko brylanty i złoto. Jeżeli masz dolary, to znaczy, że komuś sprzedałeś kosztowności za te pieniądze. I powiesz nam, kto to był, albo zatłukę cię jak psa. - I komendant zaczął okładać go pałką.
- Ja powiem, tylko już go nie bijcie! - Kobieta dopadła męża i osłoniła jego twarz. - Jesteśmy z Pragi. Dolary dał nam Kareł Drda. On mieszka...
- Nie mów! - Mężczyzna oprzytomniał po razach i usiłował przeszkodzić w wyjawieniu tajemnicy, która mogła kosztować życie wielu ludzi. Za późno...
Sprawę przejęło gestapo i dość szybko ustalono, że rodzina schwytana w czeskim miasteczku Cehba miała zostać przemycona do Szwajcarii w ramach “Operacji 7”. Akcją ratowania Żydów kierował doktor Wilhelm Schmidhuber - człowiek z Abwehry. Aresztowano go natychmiast w Pradze i przewieziono do Berlina.
Schmidhuber zdawał sobie sprawę, że jedynym ratunkiem dla niego może być pomoc kogoś postawionego bardzo wysoko w faszystowskiej hierarchii. A takim człowiekiem był Canaris. Z więzienia wysłał do niego wiadomość, że jeśli nie uwolni go, wówczas gestapo dowie się całej prawdy. Pomoc nie nadchodziła tak szybko, jak pragnął więzień, więc uznał on, że Abwehra go zdradziła. Zaczął mówić.
Jego zeznania nie dotyczyły bezpośrednio admirała, ale obciążały najbliższych jego współpracowników: zastępcę Ostera i Hansa von Dohnanyi’ego, blisko związanego z działalnością “Schwarze Kapelle”.
Oster został umieszczony w areszcie domowym; Dohnanyi w więzieniu Wehrmachtu na Lehterstrasse w Berlinie. Wkrótce trafił tam inny bliski współpracownik Canarisa, doktor Josef Mueller.
Dla SD kartą atutową miał być Dohnanyi, przeciw któremu zgromadzono wiele zarzutów. Oskarżano go m.in. o zdradę i czerpanie korzyści z przerzutu rodzin żydowskich do Szwajcarii. On jednak bronił się bardzo zręcznie. Twierdził, że była to gra Abwehry, tworzącej siatkę wywiadowczą w środowisku żydowskich emigrantów. Oskarżyciel doktor Manfred Roeder nie potrafił znaleźć dowodów, które złamałyby linię obrony Dohnanyi’ego.
Śledztwo nagle zostało przerwane, gdyż główny oskarżony zachorował na zapalenie żył. Wkrótce wykryto u niego zator mózgu. Dohnanyi musiał być przeniesiony do szpitala. Gestapo nie dało jednak za wygraną i szybko wydobyło swą ofiarę z bezpiecznego szpitala, w którym umieścił ją Canaris. Chory rozumiał jednak, że jego jedyną nadzieją jest opóźnianie procesu, a więc dalsza choroba. W grypsie przesłanym do żony prosił o dostarczenie bakterii dyzenterii. Pani Dohnanyi udało się zdobyć zarazki, ale były zbyt słabe, aby zakazić organizm. Dohnanyi wysłał następny list, prosząc o bakterie dyfterytu. Te odegrały swą rolę. Ciężka choroba uniemożliwiała oskarżonemu składanie zeznań i trzymała z dala od oprawców z gestapo. Jednakże cała ta gra zdenerwowała ich do tego stopnia, że wywieźli majaczącego w gorączce więźnia i zastrzelili go gdzieś w lesie pod miastem.
Kaltenbrunner i Schellenberg zaciskali pętlę wokół Canarisa, ale nie mieli przeciwko niemu niezbitych dowodów. Zdrada popełniona przez ludzi z Abwehry kompromitowała szefa, ale nie była wystarczająco silnym argumentem, aby zmusić go do dymisji lub skłonić Hitlera do pozbawienia go stanowiska. Fuhrer wciąż wierzył mu; był zadowolony z informacji dostarczanych przez Abwehrę i łatwo mógł wybaczyć zakłócenia w jej pracy. Ludzie, którzy chcieliby usunąć Canarisa, musieliby mieć niepodważalne dowody jego zdrady. Czekali...
Pierwszy dowód pojawił się po kapitulacji Włoch.
Autor: Bogusław Wołoszańsi Prawa autorskie © . Wszelkie Prawa Zastrzeżone.
Opublikowane: 2005-08-01 (312 odsłon)  [ Wróć ] Biblioteka index |